wysocki blog

Twój nowy blog
Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…

*

Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie,
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko
By jesienne na łąkach przędziwo:
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.

*

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: „Szaleniec!!”

*

Więc do serca, o radę,
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.

*

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

*

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniéj.

Oczy są ogień, czoło jest zwierciadłem,
Włos złotem, perłą ząb, płeć mlekiem zsiadłem,
Usta koralem, purpurą jagody,
Póki mi, panno, dotrzymujesz zgody.
Jak się zwadzimy – jagody są trądem,
Usta czeluścią, płeć blejwasem bladem,
Ząb szkap ią kością, włosy pajęczyną,
Czoło maglownią, a oczy perzyną.
„Ciało mnie nie obchodzi. Nie myślę o tym. Chłopaki czasem pytają, czy mam już włosy pod pachami, ale ja nie chcę o tym rozmawiać.

Dziewczynom najbardziej się podobają macho. Mnie dziewczyny raczej nie lubią. Nie jestem taki, wie pani, agresywny, nie lubię się bić. Oni lubią. Niektórzy to nie grzeszą inteligencją. Biją się o wszystko, o dziewczyny też. To dziewczyny bardzo lubią. W gimnazjum będzie jeszcze gorzej. Będą przechodzić mutacje i staną się dokuczliwi. No i zaloty się zaczną.

Wszystko mi jedno, jak będę kiedyś wyglądał. Pogodzę się z losem. No nie, gruby nie chciałbym być, taki chuderlawy jak teraz też nie. Taki normalny.

Ale może zmienię zdanie. Co ja mogę wiedzieć o przyszłości?”

[Cyt. za: "Duży Format" nr 33 z 3 września 2007, s. 9]

1

Mgła rzednie i z niczego
wyłania się coś,
te domy na przykład,
przystań pusta o tej porze.

Tamto życie jak rejs kogoś obcego,
na dolnym pokładzie:
żarówka zamiast dziennego światła -
teraz widzę dokładnie.

Czuję, jakby mi obol
włożono pod język,
powiedziano „płyń”.
Łódź, która opuszcza przystań.

2

Więc płynę: wszystko, co wiem,
wiedziałem wcześniej.
Nie stało się nic,
co nie miało się stać.

Jestem mężczyzną pozdrawianym
przez nieznajomego,
który pali papierosa w oknie.
Zgubiłem, żeby odnaleźć.

Kobieta i mężczyzna idą przez oddział chorych na raka

Mężczyzna:
Ten rząd to są łona w rozkładzie,
a w tym rzędzie rozpadające się piersi.
Przy łóżku śmierdzi łóżko.
Siostry zmieniają co godzinę.

Podnieś spokojnie kołdrę.
Spójrz, ta bryła tłuszczu i zgniłe soki
Kiedyś jakiemuś mężczyźnie były wszystkim,
Znaczyły ekstazę i ojczyznę.

Chodź, spójrz na tę bliznę na piersi.
Czu wyczuwasz ten różaniec miękkich węzłów?
Pomacaj lekko. Ciało jest nieczułe i nie boli.

Ta tutaj krwawi jak z trzydziestu ciał.
Nikt nie ma tyle krwi.
A tej znów wycięto przed porodem
Dziecko z rakowatego łona.

Pozwalamy im spać. Dniem i nocą. Nowym
mówimy: tu się zdrowo sypia. Tylko w niedzielę
na odwiedziny częściowo ich się budzi.

Pożywienia jeszcze trochę przyjmują. Plecy
są raną. Widzisz te muchy? Czasem
myje ich siostra. Jak się zmywa ławy.

Tu już pęcznieje zagon na każdym łóżku.
Mięso upodabnia się do pola. Żar uchodzi.
Soki gotowe do wycieku. Ziemia woła.

„Od dawna już nie starał się tulić do niej w nocy. Nie lubiła tego, nie chciała, złościła się, gdy kładł na nią nogę. Najczęściej więc obejmował swą skotłowaną kołdrę”.

„Kiedyś kilka razy delikatnie położył dłoń, a to na brzuchu, to na jej udzie; starał się wyczuć obecność Magdaleny pod okryciem, poruszył dłonią delikatnie, głaszcząc bardziej pościel, niż jej ciało. Budzisz mnie – mówiła niespodziewanie głosem czujnym i nieprzyjaznym, jakby w ogóle nie spała. Raz, gdy nie przestał, wpadła w prawdziwą furię. – To mnie wytrąca ze snu… – próbowała usprawiedliwić swój gniew. Oczywiście, nie wierzył jej”.

[Cyt. za Dariusz Bitner, "Książka", Szczecin 2006]

„Do roli dystrybutora nadziei i krzepiciela swego otoczenia z pewnością się więc nie nadaję, przecież sam właściwie pragnę wciąż jakiejś otuchy”.

„przecież ja właściwie wciąż czegoś się boję i nawet ta moja rzekoma odwaga i wytrzymałość biorą się ze strachu – ze strachu przed własnym sumieniem, które tak mnie chętnie dręczy za faktyczne i domniemane zawody!”.

„Moje rozkołysane wykresy na ekranie nad łóżkiem zawsze się uspokajały i wracały do normy, kiedy tylko Dasza wchodziła do szpitala”.

[Cyt. za "Tygodnik Powszechny" nr 35 z 2 września 2007]

***

I.

przyjdź do mnie i nie zważaj
na to że się odwrócę
i owszem zaprę się Ciebie kiedy
tylko przyjdzie ktoś inny

nie zważaj na to że trzymam się
grzechu mojej ostatniej nadziei
otóż zawsze jest cień nadziei
że po grzechu następuje odpuszczenie

jest więcej niż pewne że najbliższych
i najmilszych sobie (choć się pogubili w wielu
pomieszczeniach) wprowadza się do czystej
komnaty w jakiej nie liczą się lustra lecz usta

które wyznają prawdę

II.

przyjdź do mnie i nie zważaj
na to co mówią (że się odwrócę
i owszem zaprę się Ciebie
gdy tylko przybędzie ktoś inny)

nie zważaj na to że trzymam się
grzechu mojej ostatniej deski ratunku
jest więcej niż pewne że z powodu
grzechu wydaję się najbliższy Panu Bogu

jest więcej niż pewne że najmilszych
gdy błądzą traci się z oczu ale nie z serca

zabrakło już, zabrakło. i może bolało by mniej, gdyby były. ale nie ma, nie ma, zabrakło…

Ty chujozo pierdolona
(Frytka; BAR 3)
Andrzej, nawet się kurwa nie domyślasz, no, nie domyślasz się wcale. Sam nie wiesz jakie świństwo mi zrobiłeś i jak trudno będzie mi tobie przebaczyć. Wiesz, Andrzej, no, sorry stary, ale tak to wygląda – spierdoliłeś sprawę na całej linii. Muszę to powiedzieć wprost – popełniłeś błąd swojego życia. Andrzej, pogadajmy jak mężczyźni.
No bo, sorry stary, od czasu do czasu musimy umieć chwycić kogoś za jaja i ścisnąć tak mocno, że już naprawdę żadne rozsądne słowa nie przychodzą nam do głowy i nic tylko siać, siać, siać zamęt. Wiesz no, ja mógłbym teraz stanąć na środku korytarza i krzyczeć, krzyczeć przeraźliwie, bo przecież – bądźmy mężczyznami, nie oszukujmy się więcej – jestem w głębi ducha zagubioną dziewczynką biegającą nago po lesie, jeszcze wczoraj zbierającą jagody do wiklinowego koszyczka, dzisiaj płaczącą, zagubioną, dziwnie roztrzęsioną, nadmiernie oczytaną we współczesnej literaturze skandynawskiej.
Andrzej, ja wiem, ty też nie chciałeś źle. Świat jest dobrze skonstruowany. Przyznajmy to światu. Wszyscy wszystkim chcą dobrze. Tylko czasami – no kto by pomyślał, no sam powiedz?! – coś się spierdoli i ktoś wsiądzie nie do tego autobusu, co się kończy pod jego domem. Albo inaczej – wnosisz na salę minikomputerek no i cóż, stary, masz przejebane na samym starcie. Bo, stary, musisz wiedzieć – na tej sali nie wolno ci posiadać minikomputera. Nie daj boże jeszcze włączonego. My tutaj wnosimy tylko same poważne myśli i nic ponad to. Musisz to zrozumieć, a jeszcze wcześniej podpisać odpowiednią deklarację. Tak zgadzam się i wyłączam mój jebitny minikomputerek. Tak, Andrzej, świat jest jednak zły i wcale nie taki jak ja bym chciał, żeby był, a już na pewno nie taki, jak tobie się wydaje.
No bo kurwa – co ty w ogóle sobie wyobrażasz? No powiedz sam? Kim ty, kurwa, jesteś żeby wpierdalać się w moje życie ze swoimi brudnymi buciorami podstepmlowanymi w jakimś pierdolonym Collegium Maximus czy innej przybudówce?! No wyraź się stary, teraz masz okazję – ta chwila jest specjalnie dla ciebie. A ta linijka jest po to, żeby porządnie jebnąć cię w głowę. Wytrzeźwiej, stary. Strzeliłeś sobie samobója. Kopnąłeś w pizdę jedynego kolesia, który na kopniaka w pizdeczkę naprawdę sobie nie załużył.
Stary, zapamiętaj, za tę zniewagę przejedziesz się jądrami po torze z postawionych na sztorc żyletek. I będę własnoręcznie je układał, specjalnie dla ciebie. Powiedz coś jeszcze, jeszcze tylko jedno słowo, stary, przystawiam ci mikrofon do skroni, możesz mówić, naprawdę, te kilka wersów jest specjalnie dla ciebie.
Andrzej, jesteś moim bohaterem. Poważnie mówię. Wiesz, mówiłem już o tym. Bądźmy mężczyznami z jajami i nie liżmy się po fiutach w bramach ciemnych kamienic czynszowych. Jestem z tobą szczery jak jeszcze z nikim w życiu. Wiesz, nie napiszę ci już więcej jaki jest ten świat – a tylko ja znam prawdę – ale czasami nie wolno ci mówić tego, co naprawdę czujesz.
Widzisz, Andrzej, przez ciebie ostro przejechałem się chujem po żwirze, a mimo tego dobrze ci radzę. I z miłością ci też mogę poradzić. O, na przykład tak: nie zakochuj się, bo chłopaki nie płaczą. Widzisz, kolejna piękna rada. Całą portmonetkę mam takich.
Ale, powiedz sam, z jakiej niby kurwa racji miałbym dzielić się tym wszystkim akurat z tobą, skoro jebnąłeś młotkiem w moje lewe oko, a potem ugryześ mnie swoimi kłami prosto w pępek? Wiesz, i to wszystko nie są metafory żadne. Kurwa, chodzę i zawodzę. Wszystkich zwodzę. Nie było tak źle, takie były zasady. Wszystkim mówię: wiesz, muszą być pewne zasady, jakieś reguły, ktoś musi to wszystko ustalać z góry i tak jest dobrze. Ale, Andrzej, ja pierdolę – stary, czy ciebie naprawdę popierdoliło? To są zasady? Ty naprawdę myślisz, że to, co ty sobą prezentujesz to jest moralność i to taka z kalendarza przedszkolaka?
Andrzej, ja już naprawdę nie czuję, że rymuję, ale to naprawdę przez ciebie wszystko. Andrzej, no Andrzej, no zastanów się. Przecież – kuuurwa, stary – spierdoliłeś mi wakacje. To po pierwsze. Znieważyłeś mój geniusz, splunąłeś swą protestancką plwociną na mą mądrość, zaciekle wbiłeś po wielokroć śrubokręt w mój intelekt.
Andrzej, przez ciebie moja koleżanka ma zapalenie płuc i mimo że jest bardzo miłą koleżanką wygraża pięścią w twoim kierunku. Wiesz, moja koleżanka bardzo cię nie lubi, a kiedy moje dobre koleżanki kogoś nie lubią to – Andrzej, proszę cię, ten jeden jedyny raz w życiu wysłuchaj mnie uważnie – osobiście zaczynam się zastanawiać czy i ja nie powinienem przestać.
Stary, przez ciebie odeszła ode mnie moja dziewczyna. Wyjechała do ciepłych krajów i beztrosko macha skrzydłami. Przestała mnie kochać i myśli o tym, że morza są słone, a słonie mają duże uszy. O mnie nie myśli i – jak myślisz? – czyja to wina? Andrzej, przejebałeś sobie, naprawdę. To przez ciebie, kiedy z moją inną bardzo dobrą koleżanką wracałem do domu bardzo pijany wyjebałem się prawie na jakiejś pozostałości po batonie. Na szczęście ta moja bardzo dobra koleżanka była wtedy obok i powiedziała do mnie: Gdybyś się przewrócił, złapałabym cię.
I, wiesz Andrzej, coś mi się zdaje, że nie masz jeszcze wpływów na całym świecie, bo wtedy, przy tej pozostałości po batoniku – a musisz wiedzieć, że ta moja bardzo dobra koleżanka bardzo lubi batoniki – no więc wtedy, przy tej pozostałości batonika, nie było cię przy nas i twoje brudne ręce nie dotykały naszych gorących i młodych ciał.
Andrzej, powoli staję się nudny. I, wiesz, to przez ciebie staję się nudny. Ty chuju. Ty głupi chuju. Przez ciebie, przez ciebie wszystko. Całe zło świata. Grafomańska poezja i niskie płace w gastronomii, Microsoft Windows i narciarskie gogle, Mazoch umierający w szpitalu i moja babcia leżąca w grobie, wysokie rachunki za telefon i nie wyczyszczone od dobrych kilku lat myszy firmy Genius. To przez ciebie wszystko. Przemoc w rodzinie i wędliny wiszące na haku, zęby starego człowieka wynalezione w taniej kaszance i jedna z byłych dziewczyn myśląca wciąż o tobie jako o obiekcie łóżkowym, krzywy nos mojego wujka i żona tego samego wujka (no przejebana taka żona i ona jest przejebana właśnie przez ciebie!). Przez ciebie, przez ciebie, chuju głupi, wszystko! Przez ciebie ceny porządnych serów i lansiarskich desek snowboradowych, przez ciebie Stachursky nie radzi sobie z melodyką, a Tym z Bareją, przez ciebie przez cały wtorek nie dostałem ani jednego smsa i to przez ciebie równo minutę po północy napisał mój operator przypominając o kwestiach doprawdy nie tak radosnych, jak tobie mogłoby się wydawać.
Andrzej, wierzę, że wszyscy mamy już dość i że wszyscy tutaj zgromadzeni jesteśmy ludźmi na poziomie i wszyscy prezentujemy sobą jakąś kulturę i jest to kultura zdecydowanie wyższa niż niższa – Andrzej, naprawdę, nie myślę o tobie źle i doceniam twoje starania. Wierzę, że w głębi serca jesteś dobrym człowiekiem dokarmiającym zimą głodne ptaszki i segregującym śmieci wojownikiem o lepsze jutro. Wierzę, że skoro ten jeden jedyny raz w swoim szlachetnym życiu wpuściłeś kogoś do włazu z fekaliami, wierzę gorąco i szczerze, gorliwie i prawdziwie, że potrafisz również mój marny, marny los (bo to życie marne, bo to życie marne) odmienić.
Andrzej, wierzę, że jutro rano obudzę się jako pieprzyk na twarzy Scarlett Johansson z okładki najnowszego „Przekroju”. Naprawdę, Andrzej.

  • RSS