wysocki blog

Twój nowy blog
Chciałem dobrze. Zapędziłem się jednak w swej zapalczywości, w swym dążeniu do czynienia dobra. Czynienie dobra z mojej strony? Pochlebiam sobie. Przede wszystkim nieprecyzyjnie się wyrażam. Bo rozchodzi się o to, iż według poniższego to niby nie ja jestem tym trzecim, lecz On, a ja nie dość, że nie jestem tym drugim, to jestem raczej tym pierwszym. Osobą drugą jest Ona. Osobą pierwszą w tym wypadku musi być ktoś, kogo powinniśmy nazywać podmiotem lirycznym, a na potrzeby tej notatki może być on nazwany nawet bohaterem wiersza. A najlepiej to będzie utożsamiać go ze mną. Utożsamianie go ze mną – otóż to właśnie jest ta moja nieprecyzyjność w wyrażaniu się, w wyrażaniu samego siebie, to właśnie jest „chceniem za dobrze”.

Niepotrzebne syntezy i analizy, rozmyślania i kontemplacje, zbędne wsłuchiwanie się w niedzielne homilie i przeglądanie prasy codziennej o poranku. Niczego nie potrzeba, by wiedzieć nazbyt dobrze, iż w tych (przepraszam, że się wyrażę) „rozgrywkach interpersonalnych” to ja jestem Ten Trzeci. Piszę o sobie z wielkich liter, a przecież Ten Trzeci to co najwyżej trzecioplanowa rólka w podrzędnym filmiku klasy C, w którym dialogi ograniczone są do minimum, a główną wartością obrazu jest to, iż po półtoragodzinnym migotaniu postaci na ekranie pojawiają się mikroskopijne białe napisy na czarnym tle. Ten Trzeci ma niewiele do roboty. Czasami przebiegnie całą długość ekranu, zdarzy mu się, iż wydusi z oka głównej bohaterki (Ona) słoną łzę, a i głównego bohatera doprowadził pewnego razu do ataku szału (On). Jednak na co dzień Ten Trzeci nie ma zbyt wiele do roboty. Jest bierny. Musi czekać na dalszy rozwój wypadków, który tylko w niewielkim stopniu zależy od niego samego. Niewiele może – właściwie może nic. Móc nic to, musicie się ze mną zgodzić, rzeczywiście niewiele. Żaden powód do dumy, chwały czy radosnych podskoków. Prędzej łzy, frustracja i pogłębianie kompleksów. Temu Trzeciemu bardzo nie odpowiada grana przez niego rola i z chęcią, gdyby tylko mógł, miał w sobie na tyle odwagi i zimnokrwistości, rzuciłby granie w tej niskobudżetowej (jednak niepozbawionej swoistego uroku) produkcji na koszt, dajmy na to, drugoplanowej roli w wojewódzkim teatrze czy powiatowym cyrku. Ten Trzeci bardzo chciałby się zbuntować, jednak jego bunt wyraża się zaledwie cichym, niedosłyszalnym dla innych okrzyku niezgody: „nie” i na coraz częściej płynących po policzkach, których linie wyznaczają lekko odstające kości policzkowe, łzach. Trudno mu się pozbierać, słowa, których używa do odgrywania swej trzecioplanowej roli coraz częściej zatracają swe pierwotne znaczenie i w rzeczywistości nigdy nie mówi tego, co chciałby powiedzieć. Ten Trzeci się powtarza, się powtarza, się powtarza. Temu Trzeciemu nie jest dobrze. Jest mu źle, jest mu ciężko. Z trudem radzi sobie sam. Ostatnio na planie filmowym zapomniał kilku najważniejszych kwestii, a przecież wie aż nazbyt dobrze, iż od kilku tygodni grożą mu wyrzuceniem z pracy. Być może zdarzy się tak, iż Ten Trzeci przeżyje swe zwolnienie, jednak nie bezrobocie jest główną przyczyną bezsenności Tego Trzeciego. Przede wszystkim obawia się on, iż w ostatecznym rozrachunku zostanie on pominięty, zapomniany i jego nazwisko nie będzie figurowało nawet na trzecim miejscu w pojawiającej się pod koniec rubryce „W filmie wystąpili:”.

Kiedy do twego domu wchodzę, kto jeszcze wchodzi
ze mną, że mnie witając oglądasz się na boki?

Kiedy stawiasz nakrycie na stół i krajesz chleb,
kogo jeszcze zapraszasz, aby też usiadł jeść?

Dla kogo, gdy odpinam ci spinkę u stanika
i dotykam twych piersi, nieumyślnie się wzdrygasz?

I kto cię nagą – ranę, której mój wzrok zabliźnić
nie może, tylko bolisz wciąż bardziej – prócz mnie widzi?

Zostawi mnie, zostawisz mnie, czy mnie zostawi, czy musisz mnie zostawiać? – przerażająca mantra, która uporczywie przetrąca kręgosłup mojej rzeczywistości, która powraca niczym maniak z wyłupiastymi oczyma, niczym wieczorny serial powtarzany każdego lata, niczym dawna dziewczyna, która nie do końca potrafi zrozumieć, że coś się skończyło i niekoniecznie coś innego (dajmy na to, hmm…, choćby taka przyjaźń do końca życia, Grzesiu, co ty na to?) musiało się rozpocząć. Zostawi mnie, zostawisz mnie, czy mnie zostawi, czy musisz mnie zostawiać? – chciałbym napisać kilka słów o książkach, które są warte przeczytania, o filmach, przed którymi chciałbym przestrzec, o ulicach, na których czymś nieustannie śmierdzi, jednak wciąż tylko zostawia mnie, raz jeszcze pytam czy mnie zostawisz, po raz kolejny opowiadam przyjacielowi swą warszawską historię i kończę ją, jakżeby inaczej?, pytaniem: „myślisz, że mnie zostawi?”. I odpowiada mi wszystko twierdząco, i nagle wszyscy zebrali się i umówili, by odpowiadać mi twierdząco, by mówić, słuchaj stary, nie chciałbym cię zasmucać, wiesz, nie chcę zapeszać, niby nie znam dokładnie sprawy, niby nie moja sprawa, słuchaj, eee, no wiesz, to jest trudna sprawa, sam nie wiem co bym zrobił, wiesz, eee, to jest tak, że to nigdy nie jest tak, ja nie wiem do końca, nie chcę też uprzedzać faktów i w ogóle będzie, co ma być. Ale myślę, że cię zostawi. Zostawi mnie, zostawisz mnie, czy mnie zostawi, czy musisz mnie zostawiać?

Prawdopodobnie nie jest Tobie łatwiej. Chciałbym przynajmniej wierzyć w to, iż nie jest Ci łatwiej. Wierzę w to, Mago. Nie jest Ci łatwiej, jest nam ciężko. Być może jest nam za ciężko, najpewniej nas to przerasta. Weszliśmy do ciemnego pomieszczenia, w którym przez krótki czas (trzy tygodnie?) tliło, rozpalało się przynajmniej jakieś światło, jakiś blask. Drzwi do ciemnego pomieszczenia się zatrzasnęły i nie sposób z niego się wydostać. Zaczynam bać się o światło, o blask – o jego podtrzymywanie. Wciąż mocno wierzę, cały czas tak bardzo pragnę tej wiary, tak bardzo jej pożądam i otrzymuję wciąż informacje podtrzymujące tę moją wiarę. Otrzymuję też informacje bardziej lakoniczne, krótsze, coraz częściej urywane, druga strona coraz częściej milczy, przemilcza, zatrzymuje się w połowie gestu, nieruchomieje wykonując gest w moim kierunku. Z drugiej jednak strony kiedy pytam o to, czy mnie zostawisz, kiedy stwierdzam ten fakt w czasie póki-co-nie-dokonanym, patrzysz na tę całą sytuację z nieco innej perspektywy. Czy mnie zostawisz?, czy ode mnie odejdziesz?, pytam. Nigdy nie byłam
twoja, nie jesteśmy razem, nie było nas, odpowiadasz. A ja nie rozumiem. A może tylko staram się nie rozumieć, wolę nie wiedzieć? Może uciekam przed prawdą, przed brutalną rzeczywistością, przed tym wszystkim co może nastąpić już jutro, co zbliża się do mnie, by mnie pożreć i wypluć? Boję się zbyt bardzo, by precyzować wszystkie rodzaje swych lęków i drżeń. Boję się mnóstwa, boję się wszystkiego. Boję się tego wielkiego, inteligentnego zwierzęcia na J., które nazywa się Jutro. I nie boję się tego swojego strachu – nie jest to żadne hasło w rodzaju „silni w swej słabości”, nie, nic z tych rzeczy – może prędzej „co cię nie zabije, to cię wzmocni”? – nie boję się po prostu, gdyż wiem, że mój strach jest strachem racjonalnym, strachem uzasadnionym i logicznym. To taki strach na wróble, strach na wszystko, który wie po co stoi na polu, który wie jakie jego cele i zadania.

Czy mógłbym wreszcie przestać o Tobie myśleć? Czy jesteś mi koniecznie potrzebna do życia? Czy ja zawsze zadawałem tak dużo pytań? Czy ja oczekuję odpowiedzi na pytania, które stawiam? Komu stawiam te pytania – sobie, Tobie, czy nam? A może jest jeszcze ktoś, może jest jeszcze ten trzeci, ten pan, który obserwuje nas z zewnątrz? A może ja powinienem dać sobie spokój? Wygładzić bruzdy na kołdrze, strzepnąć piórko z prześcieradła i chociaż raz grzecznie ułożyć się w łóżeczku?

Zostawi mnie, zostawisz mnie, czy mnie zostawi, czy musisz mnie zostawiać?

Czy nie mogłabyś, kochanie, wyjść ze mnie nie trzaskając drzwiami?

A więc samotność jest naturalnym sposobem egzystencji. Nie należy z niej robić problemu. Nawet nie wypada o niej mówić. Można tylko zawyć, ale tak, żeby nikt nie słyszał.

Zbyt wiele rzeczy, których tak bardzo nie chciałbym wiedzieć i rozumieć, wiem aż za dobrze i rozumiem zbyt doskonale.

Rozmowa telefoniczna, metafora obecności a zarazem nieobecności drugiej osoby. Rozpaczliwe pożądanie Albertyny rozpoczyna się właściwie od jej telefonu.

I wówczas, gdy nie możemy ciągnąć już telefonicznych rozmów, gdy nie chcemy ich przyjmować, gdy telefonistki nie mogą już nas połączyć, zrezygnowani zapadamy w milczenie i czytamy

Rozmowa telefoniczna jest dla Prousta tym, czym jest dlań pisanie: pasmem nieskończonych (koniecznych, choć znienawidzonych) zapośredniczeń

W rozmowie telefonicznej, ludzie przypisani do różnych miejsc, przegrodzeni od siebie nieprzebytym dystansem, starają się – nadaremnie! – zasupłać sieć, która ich połączy, w którą chcieliby złapać swoją obecność. Rzeczy mają się jednak inaczej, albowiem rację miał Derrida: na początku nie było słowo, ale telefon: figura wiecznego oddalenia, pozornej obecności. Po drugiej stronie telegraficznego drutu, pod pozorem żywego głosu zieje pustka a nam z rzadka tylko przychodzi do głowy, że rozmawiamy z żywymi trupami, chcąc zagłuszyć własne nieistnienie. Telefon to złowrogie narzędzie telepatii, które to słowo, rozumiane w sensie dosłownym, oznacza cierpienie na odległość.
Tak też jest z pisaniem, którego rozmowa telefoniczna jest dotkliwą (bo dotykająca każdego z nas) metaforą. Pisząc, oddalam się od świata pod pozorem jego przyjmowania, zdradzam jego potrzeby, chcąc im sprostać i tym samym włączam się w nieskończoną gromadę chwalców niewierności. Bez niej bowiem panowałaby pełnia, czyli nic, a pisanie to przecież próba przechytrzenia zarówno pełni, jak nicości.

Zbyt intensywnie, zbyt szybko. Zatrzymuję się, rozglądam się na wszystkie strony, jeszcze nie nastąpił ten moment, w którym potrafiłbym ogarnąć wpychającą się na mnie przestrzeń. Jeszcze nie zdążyłem usiąść, uspokoić się, przespać z samym sobą. Wciąż śpię z kimś innym – nieustannie nawiedzasz mnie w nocy i wykradasz ze mnie fragmenty snów, którymi od tak dawna nie potrafiłem, a może tylko nie chciałem się z nikim dzielić. Nie przyciągnąłem do siebie krzesła, nie zasiadłem przed otwartym oknem po to, by patrzeć w przyciemnione szyby śpiących od dawna sąsiadów. Nie ogarniam – nie daję rady. Przerasta mnie wszystko, wszystko ze mną się zrasta, wrastam we wszystko. Jestem wszystkim, wszystko dookoła mnie jest we mnie, a wszystko co we mnie musi mieć swoje miejsce gdzieś na zewnątrz.

Przebudził mnie dzwoniący telefon – przebudzenie tak dobrze znane z pościelowych scen filmowych, kiedy to zostało już tylko jedno z nich, ona lub on, kiedy drugiego już nie ma, kiedy drugie poszło do pracy, wyjechało za granicę, uciekło. Z słuchawką przy uchu obserwuję siebie, słucham głosu, który gdzieś tam musi istnieć, wpatruję się w usta, które muszą się przecież w tym momencie poruszać, w usta, które drgają. Wizualizacja niedostępnych w tej chwili dla mnie ust przynosi kolejne obrazy – wpatruję się w nią, dotykam jej wysuszonych ust, wskazujący palec prawej dłoni wnika w pokryte maleńkimi kropelkami potu fragmenty skóry na jej karku. Przejście dla pieszych, czerwone światło, które zawsze tak szybko staje się zielonym, gdy razem czekamy na dalszy ciąg, na drugą stronę. Winda i garbaty windziarz, którego rutyna doprowadziła do tego, iż nie chce mu się nawet patrzeć w naszą stronę – a przecież musimy wyglądać razem tak, iż chce się na nas patrzeć. Windy tez kończą się zbyt szybko – zdecydowanie za szybko jak na możliwości wyobraźni, zdecydowanie zbyt szybko, nawet jak na podniecenie, które chciałoby czasami zrobić tak wiele, tak szybko, tak pięknie. Przemoczone do cna ławki za rogiem, dogorywające latarnie, resztki ludzkie spozierające ślepymi oczami z zaułków – mokre spodnie, wygięte jakby jakimś grymasem ciała i nerwowe zerkanie na zegarek, by znajomi nie uznali, że odeszliśmy „na zbyt długo”, by uniknąć kąśliwych komentarzy, frywolnych uśmieszków. Kolejne obrazy zlewają się ze sobą i tworzy się coś w rodzaju wspomnienia. Coś w rodzaju wspomnienia, które nie chce się tak nazywać – przecież to wszystko jeszcze takie żywe, tak bardzo namacalne, jakby na wyciągnięcie ręki.

A jednak dzisiejszy telefon nie mógł zakończyć się banalnym zapytaniem: „To o której i gdzie? Bo ja o 13 kończę pracę i wtedy już mam wolne” i nie można było dzisiaj odpowiedzieć na to nie zadane banalne zapytanie: „Proponowałbym tak jak zwykle, że spotkamy się na miodowej, a potem to już coś wymyślimy. Co ty na to?”. I chciałoby się nawet uklęknąć, nawet ścisnąć z żalu, z bólu, z wszystkiego tę nieszczęsną słuchawkę telefonu, zmusić ją do tego byś mogła wyszeptać po prostu „ok”. Ale ja wychodzę z domu i już nie ma tramwaju, który tak bardzo chciał mnie przejechać i nie ma autobusu, którym zawsze chcę dotrzeć na miejsce, a on zawsze ucieka mi sprzed nosa i nie ma bramki do metra, która nie chce mnie przepuścić mimo tego, że mam przecież ważny bilet tygodniowy. Mogę tylko pojechać rowerem na pocztę, w której nigdy nie ma kolejek, a mimo to pani za okienkiem jest tak podrażniona, jakby obsłużyła na wszelkie sposoby siedemdziesięciu dwóch spragnionych Murzynów, mogę tylko się z nią wykłócać o to, że nie jest konieczne, bym szczegółowo opisywał przyczyny, dla których wysyłam 75 zł do Nowego Targu. Mogę tylko wejść do kiosku, do którego dociera tygodniowo czterdzieści egzemplarzy Pani Domu i dwa egzemplarze Przekroju, ładnie się przywitać i dowiedzieć, że w tym tygodniu nie dostaliśmy już Przekroju, gdyż w zeszłym i przed-zeszłym tygodniu nikt nie kupował i odmówiliśmy. „A jak miałem, kurwa, kupować jak mnie nie było?”, myślę sobie, jednak nie mówię nic, gdyż na półce dostrzegam pismo z „magią” w tytule, wyrzucam sobie spójnik „i” i ponownie przejeżdża mnie tramwaj warszawski, ponownie parzę sobie podniebienie w Telepizzy, po raz kolejny obawiam się czy o tej porze będzie jeszcze jeździć metro, raz jeszcze przeklinam świat za Happy Together, którego nie było.

Było. Będzie? …

Dla kogo piszę? Jeśli dla siebie, dlaczego idzie to do druku? A jeśli dla czytelnika, dlaczego udaję, że rozmawiam ze sobą? Mówisz do siebie tak, żeby cię inni słyszeli?

  • RSS