Plan jest taki, żeby napisać jedną zajebistą książkę i do końca życia
odcinać od niej kupony. Nie pisać już kolejnych książek, nie rewolucjonizować
ponownie światowej literatury, nie podpisywać wieloletnich kontraktów z
krwiożerczymi wydawcami. Nie, wydać jedno, raz a dobrze, i do końca życia leżeć
na plaży i starannie pielęgnować swój rosnący z dnia na dzień brzuch.

Wcale mi się nie chce pisać książek. Tyle jest zajebistych książek, tyle
jeszcze do przeczytania i tyle już przeczytanych, że trzeba być naprawdę
ostatnim bucem i ignorantem, by twierdzić, że to właśnie tobie uda się
powiedzieć coś zajebistego, ciekawszego i lepszego niż ci wszyscy, co mówili
już przed tobą.

Pisanie książek przydaje się w dzisiejszych czasach tylko i wyłącznie po to,
by czerpać z tego profity. By przyjmować zaproszenia do radia i telewizji,
komentować błędy w testach maturalnych na łamach ogólnopolskich dzienników,
jurorować za pieniądze w konkursach literackich, trzepać kasę za wieczory
autorskie i występy na targach książki, zarabiać na tłumaczeniach i
przedrukach, udzielać wywiadów i występować w serialach telewizyjnych, grać w
kinowych superprzebojach i komentować uczestników programów o jeżdżeniu na
lodzie i tańczeniu z gwiazdami, pojawiać się w bogato ilustrowanych sesjach do
kolorowych magazynów dla ekskluzywnych kobiet jak również na rautach i
bankietach w ambasadach.

 

I jeszcze inne mniej lub bardziej sprytne pomysły mam. Na przykład chcę
zaproponować kilka nowych projektów Andrzejowi Wajdzie. Chciałbym, by zekranizował
„Po tęczy” Andrzeja Sosnowskiego. Albo, dajmy na to, poemat „th” Edwarda
Pasewicza. Niech przed śmiercią zrobi coś takiego co pierdolnie wszystkimi o
glebę. I żebyśmy już nie musieli go wyzywać od Matejków polskiej
kinematografii. Bo ekranizować nudziarzy to każdy potrafi. Zmierzyć się z
wierszem współczesnym to już chyba nie. A fajnie by było, gdyby pan Andrzej
pokazał się jako taki fristajlowy awangardzista. Może nie każdemu by było
fajnie, ale niżej podpisanemu z całą pewnością.

 

Wymyśliłem też, że można by nakręcić horror, jakiego jeszcze nigdy nie
było. Tego pomysłu nie odsprzedam raczej Wajdzie, choć gdyby bardzo się uparł,
to myślę, że inteligentni ludzie zawsze jakoś się dogadają. Chodzi o to, by
zrobić horror w przestrzeni, w której horrorów zwyczajowo się nie kręci.
Początkowo pomyślałem o budce telefonicznej, w której straszy czy też, jak kto
woli, o budce telefonicznej, która straszy, ale potem doszedłem do wniosku, że
to jeszcze nie to, a że ostatnimi czasy jaram się sporo minimalami, to
kontynuowałem swoje awangardowe z ducha przemyślenia. Kolejno więc wpadałem na:
chlebak, w którym straszy, pudełko po butach, w którym straszy, subwoofer, w
którym straszy itd. Ostatecznie stanęło na pudełku zapałek. Horror, którego
cała akcja dzieje się w pudełku zapałek. Pudełko zapałek, które sprawia, że
ludzie trafiają do jego wnętrza i tam przeżywają doprawdy koszmarne horrory. A
najlepiej to w ogóle nie przeżywają, bo bardzo szybko giną.

 

Wymyśliłem też, że skoro tak wymyślam różne rzeczy, to dobrze by było z
tego żyć. No więc wymyśliłem, że od tej pory będę żył z wymyślania. Jeszcze nie
wymyśliłem, w jaki sposób sprawić, by myśl ta przekuła się w ciało, a tym
bardziej w żywe pieniądze, ale jestem dobrej myśli i wmawiam sobie, że to co
powyżej to taki pierwszy krok. A poza tym wymyśliłem też, że Wysocki powinien
jednak powrócić, bo jestem przejebanym leniem i muszę sobie narzucić jakąś
katorżniczą musztrę. Tak więc zaprasza się tutaj częściej, jako że w
najbliższym czasie powinno mnie być tutaj więcej. Takie przynajmniej są plany.
Bo tak sobie wymyśliłem.