Zimy to pedały, największe obelgi. Prawie wszyscy Polacy uważają, że największą obelgą, jaka spotkać może ich od drugiego bliźniego jest „ty pedale”. Ci, którzy tak nie uważają, są pedałami. Podobnie jest z „ciotami” i „czarnuchami”, które są na kolejnych miejscach według wyników badań przeprowadzonych przez jeden z ośrodków opinii publicznej.
Zimy to pedały, cioty i czarnuchy. To ten czas, kiedy odchodzą od ciebie fajne niunie z nogami, które kiedyś chciałeś wylizać, gdy mignęły ci na ekranie telewizora. To ten czas, kiedy rozklejają ci się buty – nawet podeszwy nie chcą już mieć z tobą nic wspólnego. Kiedy wiesz, że już nic gorszego nie może cię spotkać – spodziewasz się jeszcze śmierci kogoś z najbliższej rodziny, własnego raka żołądka, złamania nogi na przejściu dla pieszych i najazdu Tatarów na Małopolskę. Kiedy mówisz: „Gorzej między nami już nie będzie” – więc bierzesz siekierę i rozwalasz jej monitor, jej obrazy, a na koniec dzielisz na dwie części jej kota, którego jeszcze przed momentem kochałeś, ale w takich sprawach emocje należy maskować. Zresztą – wczoraj kochałeś, dzisiaj nie musisz. Tak to działa. We śnie przychodzi do ciebie bóstwo i mówi: „Nie kochaj go. To nie jest mężczyzna dla ciebie”. Budzisz się, myjesz zęby i już wiesz, że ten, który myje zęby razem z tobą nie jest mężczyzną dla ciebie. Ten, który myje zęby obok ciebie, nie powinien tego robić. Jest tyle miejsc, w których ten pan mógłby myć zęby. Dlaczego więc robi to właśnie przy mnie? Dlaczego ze szczotką w pysku, próbuje się do mnie uśmiechnąć, co czyni go postacią jeszcze bardziej żałosną? Dlaczego dotyka moich pleców ten pan, który wciąż nie rozumie, że wybrał sobie najgorszy z możliwych kątów do mycia zębów?

Zima to ten czas, kiedy czytasz stare smsy, jakbyś czytał świadectwo zgonu własnego dziecka.

Kiedy znowu czytasz stare powieści starych pisarzy, jakbyś czytał o swoim obecnym stanie psychosomatycznym.
Czujesz się jak samotny kowboj z Coovera – w ostatnich tygodniach przeżyłeś ukąszenia węży, ataki kaguarów i stad wilków, zamieci i burze z piorunami, odmrożenia i zaczerwienienia, meszki, szarańcze, komary, niedźwiedzie grizzly, pluskwy. Postrzelili cię z łuku Indianie – u twojego pasa dynda skalp, z muszlami i koralikami wplecionymi w czarne włosy.
Czujesz się jak oswojona orka z „Domu Róży” – czekasz na swoje codzienne wiadro śledzi, ale tego dnia będziesz głodną oswojoną orką. I następnego, i następnego, i następnego.
I gnijesz w tym jebanym mieście. „Życie tutaj to jedno wielkie gówno, synu. ma nie większy sens niż pisanie kutasem na piasku, kiedy wieje wiatr. Upieranie się przy tym, żeby tu tkwić, to czysta głupota. Wariactwo! Ale upieranie się, żeby tu tkwić, kiedy wie się, że wszystko jest gówno warte, beznadziejne, głupie i szalone… Kurwa mać, synu, to boskie!”

Tak?