wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2007

CXIX. Zima

7 komentarzy
Zimy to pedały, największe obelgi. Prawie wszyscy Polacy uważają, że największą obelgą, jaka spotkać może ich od drugiego bliźniego jest „ty pedale”. Ci, którzy tak nie uważają, są pedałami. Podobnie jest z „ciotami” i „czarnuchami”, które są na kolejnych miejscach według wyników badań przeprowadzonych przez jeden z ośrodków opinii publicznej.
Zimy to pedały, cioty i czarnuchy. To ten czas, kiedy odchodzą od ciebie fajne niunie z nogami, które kiedyś chciałeś wylizać, gdy mignęły ci na ekranie telewizora. To ten czas, kiedy rozklejają ci się buty – nawet podeszwy nie chcą już mieć z tobą nic wspólnego. Kiedy wiesz, że już nic gorszego nie może cię spotkać – spodziewasz się jeszcze śmierci kogoś z najbliższej rodziny, własnego raka żołądka, złamania nogi na przejściu dla pieszych i najazdu Tatarów na Małopolskę. Kiedy mówisz: „Gorzej między nami już nie będzie” – więc bierzesz siekierę i rozwalasz jej monitor, jej obrazy, a na koniec dzielisz na dwie części jej kota, którego jeszcze przed momentem kochałeś, ale w takich sprawach emocje należy maskować. Zresztą – wczoraj kochałeś, dzisiaj nie musisz. Tak to działa. We śnie przychodzi do ciebie bóstwo i mówi: „Nie kochaj go. To nie jest mężczyzna dla ciebie”. Budzisz się, myjesz zęby i już wiesz, że ten, który myje zęby razem z tobą nie jest mężczyzną dla ciebie. Ten, który myje zęby obok ciebie, nie powinien tego robić. Jest tyle miejsc, w których ten pan mógłby myć zęby. Dlaczego więc robi to właśnie przy mnie? Dlaczego ze szczotką w pysku, próbuje się do mnie uśmiechnąć, co czyni go postacią jeszcze bardziej żałosną? Dlaczego dotyka moich pleców ten pan, który wciąż nie rozumie, że wybrał sobie najgorszy z możliwych kątów do mycia zębów?

Zima to ten czas, kiedy czytasz stare smsy, jakbyś czytał świadectwo zgonu własnego dziecka.

Kiedy znowu czytasz stare powieści starych pisarzy, jakbyś czytał o swoim obecnym stanie psychosomatycznym.
Czujesz się jak samotny kowboj z Coovera – w ostatnich tygodniach przeżyłeś ukąszenia węży, ataki kaguarów i stad wilków, zamieci i burze z piorunami, odmrożenia i zaczerwienienia, meszki, szarańcze, komary, niedźwiedzie grizzly, pluskwy. Postrzelili cię z łuku Indianie – u twojego pasa dynda skalp, z muszlami i koralikami wplecionymi w czarne włosy.
Czujesz się jak oswojona orka z „Domu Róży” – czekasz na swoje codzienne wiadro śledzi, ale tego dnia będziesz głodną oswojoną orką. I następnego, i następnego, i następnego.
I gnijesz w tym jebanym mieście. „Życie tutaj to jedno wielkie gówno, synu. ma nie większy sens niż pisanie kutasem na piasku, kiedy wieje wiatr. Upieranie się przy tym, żeby tu tkwić, to czysta głupota. Wariactwo! Ale upieranie się, żeby tu tkwić, kiedy wie się, że wszystko jest gówno warte, beznadziejne, głupie i szalone… Kurwa mać, synu, to boskie!”

Tak?

ależ to oczywiste pewnie
że ktoś chciałby żebym latał z kamieniem
po ulicy i wrzeszczał jak wariat ale nie mogę
zrozumcie jestem przecież czymś w rodzaju
proroka albo drugiego mesjasza jakiś
zamach bombowy to i owszem śmierć głodowa
i te rzeczy rozumiesz może i dałbym się
namówić pod odpowiednim pretekstem co
mi szkodzi powygłupiać się trochę powiercić
jak mucha na gównie no co mi szkodzi
mówię kiedy i tak czuję się podle bo chciałbym
być ciężko chory na raka albo na inne
nieuleczalne świństwo i pewnie pomyślisz
że to co piszę nic nikogo nie obchodzi
jest po prostu nieważne i masz rację
ale to ważne cholernie ważne
bo przytrafiło się mnie
Dosyć to niespodziewane – kiedy mówisz do mnie
przez telefon i w tej samej chwili owiewa mnie twój zapach.
Chociaż siedzisz w pociągu, daleko stąd.
Z każdą chwilą
pociąg przemieszcza się po torze, z punktu A do punktu B.
I ładnie zabrzmiałoby, gdybym powiedział, że z każdą chwilą
bardziej czuję twój zapach przez telefon.
Ale to trwa
tylko przez chwilę. Jak szkwał.
stoję na moście
czekam
aż przepłynie rzeka

  • RSS