wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

Mogę pisać najsmutniejsze wersy tej nocy.

Napisać na przykład: „Noc jest rozgwieżdżona
i drżą błękitne gwizdy w oddali”.

Wiatr nocy krąży po niebie i śpiewa.

Mogę pisać najsmutniejsze wersy tej nocy.
Kochałem ją i niekiedy ona również mnie kochała.

W noce takie jak ta trzymałem ją w ramionach.
Całowałem ją tyle razy pod bezkresnym niebem.

Ona mnie kochała, niekiedy ja również ją kochałem.
Jakże było nie kochać jej wielkich nieruchomych oczu.

Mogę pisać najsmutniejsze wersy tej nocy.
Pomyśleć że jej nie mam. Odczuć że ją utraciłem.

Słuchać niezmierzonej nocy, bardziej niezmierzonej bez niej.
I wers opada w duszę jak na pastwisko rosa.

I co z tego, że moja miłość nie mogła jej zatrzymać.
Noc jest rozgwieżdżona a ona nie jest ze mną.

To wszystko. W oddali ktoś śpiewa. W oddali.
Moja dusza nie raduje się że ją utraciła.

Jakby chcąc się zbliżyć do niej moje spojrzenie jej szuka.
Moje serce jej szuka a ona nie jest ze mną.

Ta sama noc co wybiela te same drzewa.
My, ci z wtedy, już nie jesteśmy tymi samymi.

Już jej nie kocham, to pewne, lecz jakże ją kochałem.
Mój głos szukał wiatru by zagrać jej słuch.

Innego. Będzie innego. Jak wcześniej moich pocałunków.
Jej głos, jej jasne ciało. Jej nieskończone oczy.

Już jej nie kocham, to pewne, lecz może ją kocham.
Tak krótka jest miłość i tak długie jest zapominanie.

Ponieważ w noce takie jak ta trzymałem ją w ramionach,
moja dusza nie raduje się że ją utraciła.

Nawet jeśli ten będzie ostatnim bólem, który ona spowodowała,
a te są ostatnimi wersami, które jej piszę.

[Cyt. za "Europa" nr 37/2007, s. 16]

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…

*

Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie,
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko
By jesienne na łąkach przędziwo:
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.

*

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: „Szaleniec!!”

*

Więc do serca, o radę,
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.

*

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

*

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniéj.

Oczy są ogień, czoło jest zwierciadłem,
Włos złotem, perłą ząb, płeć mlekiem zsiadłem,
Usta koralem, purpurą jagody,
Póki mi, panno, dotrzymujesz zgody.
Jak się zwadzimy – jagody są trądem,
Usta czeluścią, płeć blejwasem bladem,
Ząb szkap ią kością, włosy pajęczyną,
Czoło maglownią, a oczy perzyną.
„Ciało mnie nie obchodzi. Nie myślę o tym. Chłopaki czasem pytają, czy mam już włosy pod pachami, ale ja nie chcę o tym rozmawiać.

Dziewczynom najbardziej się podobają macho. Mnie dziewczyny raczej nie lubią. Nie jestem taki, wie pani, agresywny, nie lubię się bić. Oni lubią. Niektórzy to nie grzeszą inteligencją. Biją się o wszystko, o dziewczyny też. To dziewczyny bardzo lubią. W gimnazjum będzie jeszcze gorzej. Będą przechodzić mutacje i staną się dokuczliwi. No i zaloty się zaczną.

Wszystko mi jedno, jak będę kiedyś wyglądał. Pogodzę się z losem. No nie, gruby nie chciałbym być, taki chuderlawy jak teraz też nie. Taki normalny.

Ale może zmienię zdanie. Co ja mogę wiedzieć o przyszłości?”

[Cyt. za: "Duży Format" nr 33 z 3 września 2007, s. 9]

1

Mgła rzednie i z niczego
wyłania się coś,
te domy na przykład,
przystań pusta o tej porze.

Tamto życie jak rejs kogoś obcego,
na dolnym pokładzie:
żarówka zamiast dziennego światła -
teraz widzę dokładnie.

Czuję, jakby mi obol
włożono pod język,
powiedziano „płyń”.
Łódź, która opuszcza przystań.

2

Więc płynę: wszystko, co wiem,
wiedziałem wcześniej.
Nie stało się nic,
co nie miało się stać.

Jestem mężczyzną pozdrawianym
przez nieznajomego,
który pali papierosa w oknie.
Zgubiłem, żeby odnaleźć.


  • RSS