Czasami chciałbym mieć nowy mózg… myślę, że taki nowy jest błyszczący.
(Mitch Cullin)
Pod koniec wszyscy i wszędzie przygotowują podsumowania, zestawienia, listy, kalendarze minionego roku. Pomyślałem sobie, że po raz pierwszy i ja wezmę udział w tym końcoworocznym zwyczaju i spróbuję – przynajmniej na tyle na ile uda mi się przypomnieć i zebrać wszystko w jednym miejscu – odnotować to, co było dla mnie z tego lub innego powodu w 2006 najistotniejsze, najintensywniejsze, to, co było dla mnie najważniejsze, to, z czym miałem najwięcej do czynienia lub z czym nie potrafiłem się uporać. Moja osobista lista, próba ujęcia 365 dni w kilku punktach.

Kasia

Za wszystko. Za to, że była. Pomyślałem sobie, że gdybym miał taki dziennik, jaki miały nauczycielki w szkole i miał na liście obecności wypisanych wszystkich moich znajomych, to właśnie Kasi przysługiwałby dyplom i świadectwo z wyróżnieniem za wzorową frekwencję. Zawsze obecna. Z poczuciem humoru, którego tak naprawdę nie ma. Z kubkiem kawy już o świcie. Z feministycznymi poglądami prowadzącymi do nieuchronnych i niejednokrotnie bolesnych kłótni. Z dość ekstrawaganckim gustem artystycznym. Z doskonałym gustem, jeśli idzie o mężczyzn. Za to, że nauczyła mnie kroić cebulę. Za to, że jej zdaniem w krótkich włosach wyglądam jak John Malkovich. Za to, że miała dużą dziurę w rajstopach, kiedy płakała i bardzo potrzebowała czekolady i chusteczek higienicznych. Za to, że jestem populistą i Lepperem. Za to, że zabierz stąd te dzieci i że te dzieci będą rosły pod naszym łóżkiem. Za to, że wytrwała do trzeciego filmu Woodyego Allena, a potem spaliśmy i spaliśmy. Za to, że jestem jej ukochaną szowinistyczną świnią. Za to, że zbyt często o niej myślę. Za to, że przy niej nauczyłem się wreszcie obcego języka i za to, że był to jej język.

Miko

Bo wciąż ma zdrowy żołądek. Bo wciąż lubi wiele rzeczy, które ja lubię. Podejrzewam, że i ja się do tych rzeczy zaliczam. Bo lubi Toma Waitsa ze strusiami i myśli, że na co dzień jest on gwiazdorem filmów porno. Bo bronił kapitalizmu, kiedy ja próbowałem kapitalizm atakować (zabawnie było, chociaż chyba na poważnie). Bo mimo że bardzo się staram wciąż nie czyta książek. Bo muszę mu powtarzać niektóre pytania kilka razy, żeby zechciało mu się na nie odpowiedzieć. Bo czasami się nam nie chce gadać w ogóle o niczym. Bo ma fajną zgraję w domu, bo tata ma zwolnienia, a mama amalgamaty, a Ishta zawsze chce lizać mnie po jądrach, ale podobno ma tak nie tylko ze mną i w ogóle wszystkich lubi. Bo ściął włosy, żeby być taki jak ja. Bo poszedł na informatykę i zamieszkał z Gosią, żeby przynajmniej dwie rzeczy nas różniły. Bo twierdzi, że lepiej ode mnie rozpala ogień w kominku.

Seba

Tutaj napiszę dużo lapidarniej, ale też dużo treściwiej: Bo jest taka samo głupi jak ja, a czasami jest nawet trochę ode mnie mądrzejszy.

Jaszczur

Bo nie jest kurwą jak cała reszta świata. Bo nie jest pretensjonalny jak cała reszta świata. Bo jest inny niż ja, a ja jestem cała reszta świata. Bo nie lubimy pierdolenia się po kątach. Bo jest spoko.

Rybol

Bo wytrzymuje ze mną już trzeci rok, a to niemały wyczyn. Bo ja z nim wytrzymuję już trzeci rok, a to wyczyn nie mniejszy.

Napoje energetyzujące

Bardzo pojemne hasło. Przede wszystkim więc podziękowania za Grześka, dzięki któremu z namiętnością mieszam i wypijam blue curacao, wódkę czystą i sprajta. Wreszcie odnalazł się sposób na oszukanie mojego schorowanego, starczego żołądka.
Z napojów energetyzujących sensu stricto oczywiście Tiger, bo najtańszy i szybko można się od niego uzależnić, a wtedy nawet nie myśli się o tym, że smakuje to to jak gówno, a potem nie najlepiej się człowiek czuje. Bo tu trzeba pić i o nic nie pytać.
Z innych godnych wzmianki – pepsi, cola, kaktus, kropla beskidu. Aha, no i oczywiście wino maryjne, w niebieskiej butelce, białe, półsłodkie, reńskie.
W ostatnim czasie prawie odłożyłem kawę. Herbatę dalej piję tylko w gościnie.

Arte

Bo kiedy zacząłem na początku roku pisać do Arte recenzje zacząłem w ogóle coś robić, co było jednak jakąś nową jakością. I, z czego cieszę się jeszcze bardziej, po tym jak pismo padło, ja nie padłem aż tak zupełnie i od czasu do czasu zdarzy mi się jeszcze coś napisać. Dużo mniej niż by się chciało i niż by się mogło, ale miejmy nadzieję, że się jeszcze odmieni. Nadzieja ta związana jest z podjęciem walki z wielkim i obrzydliwym potworem, bohaterem kolejnego hasła.

Lenistwo

Chyba najobszerniejsze z pojęć w moim osobiście leksykonie. Chociażby już z tego względu, że to właśnie lenistwem zajmuję się przez większą część swojego życia. Niezbyt przerażające jako grzech główny, ale przerażające jako mój własny, osobisty, nadrzędny, podstawowy grzech główny. Wystarczy spotkać się ze mną w dniu, w którym nie przespałem co najmniej dwunastu godzin, by skonstatować, że w takich chwilach nie jest zdatny do życia. Żeby było ciekawiej, kolejnym bohaterem minionego roku okazał się zupełnie w moim przypadku rozregulowany zegar biologiczny. Budzę się, kiedy inni wracają z pracy, kładę się spać, kiedy inni do tej pracy się przygotowują. Coś mi się zdaje, że moją przyszłością będzie posada ciecia stróżującego przy jakimś parkingu, a w najlepszym wypadku nocna audycja w jakimś upadającym radiu. Jakbym miał następnym razem spisać na kartce listę życzeń i pragnień noworocznych to bym najbardziej chciał, żeby mi się chciało w tym przyszłym roku. Żeby mi się wszystko chciało.

Cezary Michalski i Peja

Dość zaskakujące fascynacje, które Kasia tłumaczy sobie moim masochizmem, a odnośnie Peji twierdzi wręcz, że to dlatego, że podzielam jego poglądy i myślę w taki sam jak on sposób. A ja sam nie wiem skąd mi się to wzięło. Zapewne przypadkiem. Albo z lenistwa. Grunt, że przygoda z Michalskim skończy się być może książką, a przygoda z Peją pełną dyskografią na dysku twardym (już jest) i wypiciem z nim wódki. A na koncert nie poszedłem, bo Jaszczur mi powiedział, że jak sam pójdę to wrócę z kosą w brzuchu albo w ogóle. Trafiona argumentacja.

Muzyka

Oprócz Peji oczywiście. Trudno byłoby wymienić chociaż najważniejsze z rzeczy, które poznałem w minionym roku i rzeczy, które mimo upływu lat słucham bez zmian. Niech będzie jednak, że kilka wymienię – CocoRosie, Antony And The Johnsons, Tom Waits, Nick Cave, Zbigniew Preisner, Michał Lorenc, Republika, Sonic Youth, Karramba, Tatu (pierwsza płyta!), muzyka z filmów (oprócz wymienionych Lorenca i Preisnera także muzyka m.in. z Pi, Godzin, Big Lebowski, Kill Bill, Trainspotting, muzyka z filmów KarWaia i oczywiście Amorres Perros ze szczególnym uwzględnieniem „lucza de chichantes”) i wiele, wiele jeszcze. Dość symptomatyczne jest, że dużo mniej w tym roku słuchałem Radiohead. Może przesyt, jakieś przesilenie wiosenne. Co do filmów to nie będę w ogóle wymieniał, jako że dużo filmów się widziało i dużo filmów się podobało. Może powiem tylko tyle, że w kinie byłem ostatnie dwa razy na „Śniadaniu na Plutonie” i „Babel” i oba filmy mi się spodobały.

Literatura

No to wiadomo. Się czytało trochę. Też nic nie będę wymieniał. Chociaż najbardziej mi się podobały książki najsłabsze – Maluszek, Polska, Grzecherezada, Grzech itd. Męka, żeby taką książkę doczytać niesłychana, ale jaka satysfakcja potem;). Znowu się odzywa wspomniany wyżej masochizm. Nie no, żadnych fajnych książek nie będę wymieniał.

Studia

Chujowizna straszna i to pod wieloma względami. Przede wszystkim nuda, chamstwo i draństwo, zajęcia o świcie, dwulicowość i obłuda. Nie ma o czym gadać.

Środowisko literackie

Prawie jak wyżej, tyle że zajęcia o świcie odpadają. Najfajniej to mi było, jak byłem pierwsze miesiące z Kasią, co nie musiałem w ogóle z domu nigdzie wyłazić i było dobrze. Później znowu gdzieś tam się zaczęło chodzić, z kimś tam gadać, kogoś obgadywać. Gorsze niż studia. W większości przypadków przyjaciół lepiej jest mieć na cmentarzu niż w środowisku literackim.

Gazety

Kolejne z uzależnień. Masowe ilości i to pism zarówno wysoko jak i niskonakładowych. Efekty widoczne, a jakże. A właściwie, widoczność coraz gorsza. Okulistka twierdzi, że wybór należy do mnie – albo odkładam na bok czytanie, albo biała laska na horyzoncie. Chyba, że liczę na Nobla za ileś lat. Co wybrałem?

Monica Belucci i Scarlett Johansson

Ach.

Jedzenie

Też lubię. Jak koń owies. To, co lubi Beger to też lubię, ale chciałem nie pisać o oczywistościach, więc nie ma oddzielnego hasła.

Za te i za wszystkie grzechy zapomniane żałuję i z całego serca obiecuję poprawę, ale to już w następnym roku ewentualnie.