skarbie czy mnie udusisz: poduszką w myszki mickey
kiedy już zmizernieję. i czy twoje zastrzyki

skutecznie mnie uśpią: kiedy niemal nie będzie mnie w ogóle
będę strzępem krztą okruchem byle drobiną spętaną bólem.

czy trzepniesz w potylicę: ciosem na odlew
tę resztkę mnie robiącą pod siebie. śliniącego się jak niemowlę.

charczącego pod namiotem tlenowym. czy dokręcisz kurek
wyciągniesz wtyczkę z gniazdka: czy targniesz zaciskającym się sznurem

kiedy już stracę czucie w nogach. kiedy mój uścisk się rozluźni
zostanie ze mnie marna trzcina wrak ruina czy z tej próżni

gryp tryprów wysięków mnie wyrwiesz. czy mnie twoja kula ukoi
w ostatniej godzinie. aniele: nie ma już światła które byłoby moim

(D.A.Powell – [skarbie czy mnie udusisz: poduszką w myszki mickey])

Zdechnę kiedyś, to nie ulega wątpliwości. Zdycham teraz, to również nie ulega wątpliwości. Od chłopaków z drugiego pokoju wziąłem sobie z biurka czadowe antybiotyki. Zwyczajowo leczy się nimi rzeżączkę i kiłę. Nie powiem, zabawa po nich przednia. Po dwóch pierwszych tabletkach – a wielkie to są tabletki – widziałem biegające po ścianach mojego pokoju żyrafy i nosorożce, ogniki, jakby zerwane z apostolskich głów, przelatywały między nogami dzikich zwierząt, po oczach chodziły ogniki jeszcze innego rodzaju, a ze stosów gazet po raz kolejny zaczęły wyłazić czarne włochate pająki. Poszedłbym jak należy do lekarza, ale tak bardzo się boję, że gruba pani w białym fartuchu znowu wsadzi mi do samych migdałków drewniany patyk i znowu poczułbym się niedobrze. Jeden kolega powiedział mi ostatnio, że w robieniu laski najbardziej lubi jak go penis merda po samych prawie migdałkach, ale to zdanie kolegi, nie moje, niestety. Może gdybym miał jak ten mój jeden kolega to bym się nie bał tych wszystkich szerokich patyczków pełniących swą powinność po wypowiedzeniu długiego „a”. A inny jeden mój kolega to mi powiedział, że jeśli to prawda, że gastroskopię można robić również przez odbyt, a nie tylko doustnie, to on by poszedł na ten zabieg kilka razy z rzędu. A inna moja koleżanka to mi z kolei powiedziała, że oni na tej gastroskopii to mają jeden wężyk i jednemu pacjentowi go do buzi, a następnemu do odbytu i tak w kółko. Państwo wybaczą moim kolegom i mojemu kolegów moich cytowaniu – to przez chorobę najpewniej wszystko. I to spanie, którego, jak się okazuje, czasami naprawdę brakuje. To śliny przełykanie, które jest połykaniem dużych, ostrych, wielokolczastych kamieni, które wystarczają obecnie za cały pokarm. Dziękuję, wystarczy, więcej nie trzeba. Później sobie jeszcze dołożę. Dokładam sobie, cały czas sobie dokładam. Tu smarknę, tam kaszlnę. Tu kichnę, tam rozgorączkowane czoło przyłożę do zimnej ściany. Tylko kto pójdzie dzisiaj po węgiel? Kto dzisiaj zrobi mi naprawdę dobrze i naprawdę profesjonalnie? Przez całą noc pisałem smsy. Pisałem do ludzi, którzy mogą mnie już nie pamiętać, którzy mogą myśleć, że nigdy mnie nie znały, które myślą, że znać mnie nie chcą. A rano i tak przyszedł jeden tylko sms i to od faceta, z którym łączy mnie tylko jeden tomik wierszy, a i to tylko na chwilę. To przez chorobę musi być wszystko. Wszystko musi być, bo choroba. Rozłożę się na czynniki pierwsze, czuję się jak wiersz na ćwiczeniach z poetyki. A to choroba tylko, to całe lenistwo, to całe w łóżku leżenie, żyraf i nosorożców wokół żyrandola biegnących obserwowanie i w notesiku szkicowanie. Dobra, w tym tygodniu nie jadłem zupki chińskiej, a to już przecież dużo. Zjadłem trzy paczki czipsów, tylko litr coli, za to aż trzy mirindy, napoje energetyzujące wypiłem tylko dwa, przyznaję się, piłem trochę alkoholu, ale wydarzenie było wielkiej rangi, niech zostaną mi wybaczone setki wódki, niechlujne łyki wstrętnego piwska, niebieskie drinki, dotykanie palcem pianki na ostatniej kawie zrobionej przez moją dziewczynę przy mnie. Już nie będzie żadnej kawy robionej przez moją dziewczynę, które to robienie kawy na własne oczy mógłbym zobaczyć. A tak, kawę też ograniczyłem, nie piję już prawie wcale. Dobra, przyznaję się – kiedy robiłaś kawę i tak najczęściej jeszcze spałem. Rzadziej podnosiłem głowę i wyciągałem rękę, żeby chociaż jakaś muzyka umilała ci te niezdrowe rytuały. Wiesz, chyba się cieszę, że w końcu sama nauczyłaś się zapalać gaz. Potem wracałaś z kubkiem gorącej niezdrowej kawy i zasypiałem natychmiast, gdy znowu mogłem przytulić się do twoich ud. Tyle ze mnie miałaś pożytku, że aż zazdroszczę ci ukochanego chłopca. Powiedz mi, jak myślisz – umrę od tego antybiotyku spożywanego bez reguł, recept i odpowiednich dyspozycji? Powiedz, jak myślisz – co kryje się w moim żołądku, co mieszka w mojej krtani, wątrobie, jelitach i woreczku żółciowym? Jak myślisz – czy nadejdzie moment, w którym urząd gminy zakupi swojemu mieszkańcowi białą laskę, żeby można było przechodzić ze spożywczego na drugą stronę ulicy, gdzie przystanek autobusowy? A to spanie, te godziny spędzane w łóżku, wiecznie przemęczone oczy i tajemnicze choroby atakujące po wyjazdach ukochanych – to wszystko to skąd i do czego ostatecznie mnie doprowadzi? Może istnieją jeszcze jakieś inne choroby, jakieś inne powody, słabe oświetlenie, brak światła punktowego, nieszczelne okna i popękane szyby, zalana przez nieuwagę łazienka, pierdolnięty nie wiadomo gdzie szalik, to samo z pierdolniętym nie wiadomo gdzie zegarkiem, baterie do pilota i baterie do budzika, których wciąż nie mogę sobie przypomnieć robiąc zakupy, karteczki z listą zakupów i pilnych rzeczy do zrobienia, które zapominam wyciągnąć i przeczytać w odpowiedniej chwili, przedłużacz i wychodzące z niego kable, przez które przewracają się nieprzystosowani współlokatorzy, sterty gazet, sterty książek, kolekcjonowane skrupulatnie chwały oręża polskiego, historie banknotów polskich i cuda jana pawła w kilku odmiennych wydaniach, puste butelki po wodzie mineralnej, opróżnione kubusie, niewypakowane od kilku tygodni walizki jebnięte to na krześle to pod stołem, walające się pudełka po lekach bez recepty, bo inne mogę tylko kraść z pokoju obok, wiadra z węglem, wiadra z popiołem, wiadro z szufelką i wiadro z wtorkowym dodatkiem komunikaty, bo tylko ten decyduję się wrzucać do pieca, całą resztę świata kolekcjonuję i układam w nieregularne sterty, te sterty zieją ogniem i wychodzą ze wszystkich stron, te sterty przerażają i może dlatego takie piękne, kochane takie, jedyne, najlepsze, za te sterty życie oddać, życie poddać, ręce w geście unieść. Mogę jeszcze dłużej. Śniło mi się nasze mieszkanie i moje leżące na łóżku ciało, które nie bardzo potrafiło usnąć na dobre z powodu licznych nękających je chorób. W pewnym momencie nozdrza tego ciała wyczuły dziwny zapach. Gaz, gaz! Kurwa mać, gaz! Przykryłem sobie dłonią usta i nie zapalając żadnych świateł, nie zapalając niczego, niczego nie dotykając, wbiegłem do kuchni. Wymacałem pokrętła i skręciłem to, które ktoś zapomniał zakręcić. W pokoju chwyciłem laptopa i wybiegłem do chłopaków, zacząłem krzyczeć, nakazałem nie zapalać żadnego światła, zadzwoniłem po pogotowie, modliłem się o moje stosy gazet, moje stosy książek. Wyobrażałem sobie przypadkowe włączenie światła, małą iskierkę, mały błysk światła i wielką jasną łunę nad miastem, tony papierowego popiołu unoszące się nad Alejami, Zwierzyniecką, Floriańską, nad Wisłą, zmuszające do kichania samego smoka wawelskiego. A potem zauważyłem, że nie śpię. I bałem się tak bardzo, że z tego strachu nawet żyrafy i nosorożce gdzieś się pochowały.