I.
Wstaję coraz później. Wkurwia to niezmiernie. Spać idę oczywiście jeszcze później. Głupia sytuacja, no.
Jak się wstaje późno to się nic nie chce. Jak się chce, to się nie ma sił, bo jest się a bardzo zmęczonym. Jak się teoretycznie jest za bardzo wyspanym, to w praktyce jest się niewyspanym w ogóle, przez dzień cały (a dzień taki zaczyna się między 14 a 17 po południu) zaspanym. Głupia sytuacja, no.

II.
Jem coraz gorzej. Obiad z pseudoproduktów zakupionych masowo i gromadnie w Tesco nazywamy z Kasią zdrowym żarciem, co powinno być dla państwa wystarczającym zarysem naszych nawyków żywnościowych. Kasia to w gruncie rzeczy jeszcze nie ma tak źle, bo ona to chociaż lubi te wsyztskie takie twarogi i te wiejskie serki, co tak śmierdzą, ale podobno zdrowiem, no i ona jeszcze owoce na przykład i warzywa, a ja niezmiernie nie. Bo nie.
W ostatnim numerze Playboya jets taka wkładka dla prawdziwych mężczyzn, w której są takie różne rzeczy na wielu stronach, że tam ćwiczenia takie na mięśnie, ubiory modne i kobiety, tajemnice wstępnych gier i inne różności, no i ja sobie te dla prawdziwych mężczyzn stronice oczywiście przejrzałem, co by się spróbować dowartościować, no więc pośród tych wszytskich jakże wartościowych poradników znalazła się i taka strona, na której wymieniono produkty żywnośiowe, które jedzone spowodują, że się umrze i to jeszcze jak najszybciej, najboleśniej i najohydniej. Jak nietrudno się domyślać wszytsko, co na tej stronie wymieniono należy do codziennego właściwie menu niżej podpisanego. A znajdują się tam tez moi ulubieńcy, a więc cola, chipsy, fast foody no i oczywiście mięso.
Cały czas z diety studenckiej nie usunąłem również: zupek chińskich (ostatnio żeśmy nawet w Tesco nabyli chińskozupne hiciory, a więc Wifony, także krewetkowe); pierogów za trzy złote paczka (szczególnie żydowskie pierogi firmy Lewi nabywane z Lewiatana, które po otwarciu paczki jawią się nam ze wszystkim pęknieciami na cieście, w które je opatulono); hambugerów za dwa złote; kebabów z sosem średnim; kabanosów po dwie laski dorzucane do pojedynczych zakupów; batoników Prince Polo XXL; pasztetu z zielonym pieprzem; frytek; zapiekanek ze szczypiorkiem (kultowe „Żydy z pieca” na Kazimierzu); napojów energytuzujących firmy Tesco z jakąś dziką pumą na puszce. I wiele jeszcze. Ku przestrodze czytelnika.

III.
Wydaję coraz więcej pieniędzy.Zważywszy na skład wyzej wymienionego menu zwiększające się nieustannie wydatki moga dziwić i dziwią rzeczywiście, na przykład mnie samego. Z drugiej strony przyczyn takiego stanu rzeczy nietrudno się doszukiwać. Szukac nie trzeba daleko – dwa mieszkania, z których jedno do opłacania w całości, a drugie póki co przynajmniej niewielkiej części, jedzenie, a jem chyba doraz więcej, czytanie, a czytam coraz mniej, co równoznaczne jest z chęcią czytania coraz więcej, a by móc kiedys czytac więcej, trzeba tez więcej tego do czytania mieć, takie czytelnicze przeklęte i zaklęte, a nade wszystko wolnorynkowe i konsumpcjonistycznie ukierunkowane koło powoduje po pierwsz,e że robi się niedobrze na samą myśl, a po drugie robi się ciasno w pokojach, w których przychodzi nam żyć.
Wydatki to także pierdolone Allegro. Jebany nałóg. Nie ma co gadać. Wystarczy raz wejść do piekła, a potem już trudno wyczołgć się choćby i do czyśca, że zobrazuje taka tanią metaforką to całe gówno, które powoduje, że czasami żal wydac złotówkę na chleb, bo tu te chuje wszytskie z Allegro poganiają, przypominają, się domagają.
Państwo wybaczą te przekleństwa i tę agresję. To przynajmniej niewiele kosztuje.
O zdrowie psychiczne martwić się nie ma co, bo to już raczej choroba, a nie zdrowie, a więc spoko.
No a jeszcze z domu sygnały, ale także smsy i telefony czasami niepokojące. Że przydałby się najstarszy syn-biznesmen. A jak nie biznesmen, to chociaż taki syn, co skąpcem nie jest i ladaco i gierojem i rozrzutnikiem.

IV.
Czytam coraz mniej.
Piszę coraz mniej.

V.
Tą notką próbowałem zaprzeczyć punktowi czwartemu. Napisałem dużo, a z rana (po 17) może nawet przeczytam. W myśl reguły, że na ulicy Długiej najbardziej podoba mi się fragment z lustrem wywieszonym przy jednym sklepie. Bo zawsze to miło zobaczyć na ulicy jakąś znajomą, miłą i sympatyczna mordę. Można się zatrzymać i uśmiechnąć. Całkiem szczerze i jak najszerzej.