wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Nie mam potrzeby poetyckiego mówienia;

Słowa na powrót ważą dokładnie tyle, ile
Ważą, giętkość języka nie ma tu nic do rzeczy.

(Tadeusz Dąbrowski)

Policzę śruby, którymi dokręcono do ziemi tory kolejowe. Bo naprawdę zachodzi pewna obawa. Nie spodziewasz się, a tu nagle zamach, który wrzucą na pierwszą stronę taniej popołudniówki, zachodzi cię i nawet nie zdążyłeś na czas przymknąć oczu. Widzisz wszystko, przyglądasz się. Rejestrujesz, a przecież nie stać cię na aparat cyfrowy, kamerę. Pieniądze wydajesz na życie, więc zawczasu możesz ogłosić bankructwo. Wywieszka przed domem. „Z dużym prawdopodobieństwem sugeruję czytelnikowi, iż nie znajduję się w środku”. Pośpieszny marker w poprzek drzwi. „Nie zachęca się pukać. Jeśli jednak zamierzasz wejść, nie krępuj się. Drzwi są zamknięte, dom pozbawiono wnętrza”. Bo wnętrze tak bardzo jest ważne, a zewnętrze tylko jest, choć bez większych znaczeń, bez znaczeń, bez. Ja jestem przegraniec – nie biorę udziału w teleturniejach, nie skreślam liczb, nawet tych najnieszczęśliwszych, nie przeskakuję błota, które zastępuje mi ulice. Ulicami podążam do ciebie. Jeśli czekasz, wchodzę. Jeśli wchodzę, uśmiechasz się. Czy mógłbym zostać na noc? Czy mógłbym tutaj zamieszkać przez kilka najbliższych dni? Czy będziesz moim domem wypoczynkowym, szpitalem, noclegownią, jadłodajnią, barem mlecznym i ekskluzywną restauracją, przytułkiem dla bezdomnych i nieznanym źródłem ciepła dla zakatarzonych, moją czytelnią i podręczną biblioteczką, domową apteczką i chusteczką higieniczną przykładaną do krwawiącego nosa? Czy będziesz za mnie? Nie pamiętam odpowiedzi na pytania. Wsłuchiwałem się w ciebie uważnie. Pamięć płata nam figla. Bardzo lubimy figle. Robimy wigwam z prześcieradła zgwałconego poprzedniej nocy, wchodzimy tam razem, bawimy się w dzieciństwo. Zapalasz latarkę, z nastaniem świtu kończymy nasze zakazane przez oficjalny obieg lektury. Następnego dnia nic, tylko wymienić baterie. Sklep za rogiem, wierzymy naiwnie, że nie zamkną przed nami drzwi.

Bo zewnętrze jest zimne, a temperatura spada i podgryza ziemię. Mroźny wiatr wyhukuje groźne dźwięki. Sowa mroźnego wiatru patrzy na zimne powietrze uciekające z naszych ust wzrokiem przeraźliwym. Sowa przymarzła do szczytu budynku, którego dach oświecono niebieskimi żarówkami, niebieskie żarówki podświetlają sople, wykrzykniki stycznia. Porusza tylko głową i nigdy nie przymyka oczu. Na nic, na nikogo. Jest nieczuła, czuwa. Boję się przechodzić pod soplami, bo sople są jak sowa. Nieczułe, czujne, gotowe na wszystko. Wbijają się w głowę i choć można je z niej wyciągnąć, to nie za bardzo jest już po co. Co będzie jeśli będziemy szli pod domem sowy razem i trzeba będzie wybierać? Wybierz sobie najładniejsze sople. Śmierć jest wyborem odpowiedniej estetyki. A czy, pyta chłopiec, któremu łzy z oczu patrzą, jest tutaj jeszcze miejsce na miłość? Bo chłopcy, którym łzy z oczu patrzą potrafią tylko sprawnie zmieniać temat. Wskaż temat, skaż mnie tematem. Każdy temat jest jednym z tematów. Więzieniem. Masz tutaj piłkę, musi ci wystarczyć. Możesz dzięki niej wyjść na wolność, możesz ją kopnąć i odgwiżdżą nieczyste zagranie. Mnogość znaczeń. Na zewnątrz minus. Co kryje się w środku? Skąd wiadomo, że to co już jest bezpieczne? Pan z wielkim kluczem nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie o pęknięcia wzdłuż kolejowych torów. Mimo miejscówki, mimo wełnianych skarpetek, mimo krzyżówki rozwiązanej do ostatniego hasła ta droga jest niepewna. A jeśli będzie wojna?, pytam. A my będziemy w podróży? Czy nakażą nam opuścić pociąg i pozwolą palić papierosy w szczerym polu?

Więc nie pozwolą nam nawet dokończyć ostatniego rozdziału? Nie pozwolą?

Andy Warhol, „Robert Mapplethorpe”, polaroid print, 1973
Robert Mapplethorpe, „Self-portrait with Cane Skull”, gelatin silver print, 1988

Co ci się stało, dziecko, powiedz, co się stało?
Którędy w ciebie weszło to straszne, którędy?
Jakimi cieśninami wpłynęły nieszczelne
tankowce z tym pigmentem? Z jakiej chmury spadły
gorzkie deszcze? Czy owoc był szkodliwy? Czy ten
arszenik był zatruty? Co łykałeś, dziecko,
co zobaczyłeś, dziecko, jakie frakcje ropy,
jakie złoża bazaltu, jakie hałdy żużlu?
Czy ten pan cię dotykał, czy go dotykałeś,
co tak ciebie dotknęło? Czy było dotkliwe
to miasto i ci ludzie? Skąd ta zmiana, dziecko,
kto ci dał ten cukierek, kto ci wsunął w rękę
tę tabletkę? Kto wsączył ci ten jad, tę chudość,
tę matowość, tę gorycz? Co dostałeś w zamian?
Straciłeś czy zyskałeś? Co ci przetoczono?
Przez jakie zadrapania, czyje ugryzienia
weszło to w ciebie? Kiedy? I czemu nie chciało
wyjść, i czemu nie zechce wyjść? Dlaczego czarno
skoro było tak biało? Czy ktoś urodzony
w Queens mógł skończyć inaczej? Czy weszło ze światłem,
z migawką, przez przesłonę? I kto mu otworzył
drogę, kto mu otworzył to, co się otwiera?
Czy było inne wyjście? Inne, niż to wejście,
którym weszło do środka? Co było pod spodem,
kiedy szedłeś po wierzchu? I co jest pod spodem,
kiedy tak jesteś w środku, gdy wszedłeś do środka?

Cieszyn, 22 – 27. VII. 2005

/Jacek Dehnel/

- Strzeż się tego chłopca i tej energii! – wykrzyknął brat. – Skoro powtórzy się rewolucja, pośle nas wszystkich na gilotynę.
(Stendhal)

Już nigdy nie będziesz mogła zasnąć. Zaczaruję cię, będziesz wstawać o czwartej. Otworzysz okno, wyskoczysz. Już na dnie otrzepiesz się z pyłu, gliny, błota, krwi, ze świata, na który upadłaś pośrodku nocy. Że niby przypadkiem. Po schodach na górę, ponowne otwieranie okna, może dla odmiany tego w drugim pokoju. Przed wychyleniem się po raz kolejny zaczniesz modlić się swoimi słowami. Czym są twoje słowa? Nie ma twoich słów, twoje słowa nie istnieją. Twoje własne słowa, och, jak chcielibyśmy wiedzieć czym one są. Jak brzmią, grzmią, jak się je pisze, jak wymawia. I czy aby naprawdę istnieją. Będziesz wargami przesuwać kolejne paciorki różańca. Będziesz szeptać: nie pozwól mi na więcej, nie pozwól mi na więcej. I raz jeszcze się wychylisz, pochyliwszy się lekko runiesz w dół. Pokazujesz wszystkim na jak wiele cię stać. Karty kredytowe obryzgane krwią, gotówka, substytut papierowych żaglówek, zatapiana w kałuży, plum, plum, ostatni oddech, dno. Stać cię na wiele. Kredyt zaufania, order uśmiechu. Zatrudniony fotograf pstryka nam zdjęcia, po kolacji zaprosimy go do sypialni. Oto nasze wspólne łoże, pstryk. Dziecka nie chcemy i nie planujemy, ale to puste miejsce to właśnie ono, pstryk. Na tej ścianie dziadek, niezły był z niego kutas, pstryk. A tutaj, niech się pan przyjrzy dokładnie, plama, można powiedzieć, że po nas. Pstryk, pstryk. Przygotowujemy się na okoliczność śmierci, wychodzimy z założenia, że z plamy powstaliśmy i w plamę się ostatecznie obrócimy. Mamy wiele założeń, z wszystkich wychodzimy. Potem nie bardzo mamy jak wrócić.

Budzenie o świcie, głuche telefony, nieme rozmowy, wymachiwanie ramionami, twarz wykrzywiana. Grymasami, lustrami, twoimi rękoma. Zniekształcasz mnie, deformujesz. Defraudujesz, zastawiasz za ladą w lombardzie, wystawiasz za szybę komisu (zachodni współwłaściciel, widoki na przyszłość, na morze, na wódkę z cytrynką). Będę cię budzić, będziesz krzyczeć. Będę do ciebie dzwonił, będę cię sprawdzał, będziesz płakać. Będę do ciebie milczał, będziesz się modlić. Będę wymachiwał przed twoimi oczyma, będziesz je przede mną zamykać, będziesz uciekała, sobą, wzrokiem, będziesz ślepnąć, niedowidzieć, nienawidzić. Będę ingerował w twoje sny, będę wnikał, gwałcił, dewastował, będę w snach machał ramionami, skakał sąsiadom nad głowami, przez ścianę się pięściami, czołem przebijał, będę w twoich snach wył i jęczał, pomstował i nigdy zapominał, wwiercał się do środka, przez otwory przenikał wzrokiem, światło dzienne więził w pudełku po butach, w lustrze na korytarzu, w słuchawce telefonicznej zbyt wcześnie podniesionej. Będę twoimi snami. Poproś znajomego lekarza o tabletki na bezsenność. Na sen. Bo ja jestem snem. Śnię się, wiem. Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki.

Pstryk.


  • RSS