wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Haribo macht Kinder froh und Erwachsene ebenso.

Wydaje mi się, że miśki Haribo wędrują po moim pokoju. Ułożyłem sobie sześć, w tym dwa czerwone, na ostatniej sobotnio-niedzielnej Wyborczej, po prawej stronie biurka kawa, półtorej łyżeczki, cukru również półtorej, duży kubek. Co trzy-cztery łyki kawy, jeden misiek Haribo w formie zagrychy. Gdy zostały mi już cztery miśki Haribo, zerkam w stronę otworzonej i złożonej w pół na stronie piętnastej Wyborczej – w miejscu, na którym mieści się tekst o Żydach odchodzących ze Strefy Gazy leżą dwa miśki Haribo, jeden czerwony. Zaskoczony, by nie powiedzieć przerażony, obracam się na swoim obrotowym krześle na kółkach i teraz już (bez wątpienia, za to z całą pewnością) z przerażeniem wpatruję się w dwa nieme miśki Haribo leżące w nieładzie na podłodze mojego pokoju.

Podnoszę miśki Haribo z podłogi, zdmuchuję z nich drobinki kurzu i dokładam do dwóch, które nie zdecydowały się na niecną ucieczkę, na podniesienie buntu, na niemy krzyk, na bezsensowne sprzeniewierzenie, które spowoduje, że wylądują w moim wnętrzu wcześniej niż inne miśki Haribo. To za karę, mówię im z nieukrywaną aczkolwiek nieco udawaną złością a mama z dołu krzyczy, żebym ściszył tą gównianą muzykę. Ściszam tę gównianą muzykę, Radiohead, Live in Salamanca, Spain, 08.07.2002, dopijam ostatni łyk kawy, torturuję miśki Haribo zjadając ukręcone im uprzednio głowy, by móc następnie przejść do przełykania ich ślicznych brzuszków wykończonych maleńkimi nóżkami.

Nie wiem dlaczego miśki Haribo, właściwie jedyni towarzysze mojego powolnego gnicia, uciekają z mojego biurka i próbują wydostać się na zewnątrz, może nawet na świeże powietrze. Miśki Haribo, na chuj wam świeże powietrze? Miśki Haribo, czy nie podoba się wam moje piękne wnętrze? Moje wnętrze szlachetne, dobre, czułe, kochające, nieśmiałe, przyjacielskie, miłosierne, dobroduszne? Och, wy, miśki Haribo, och, nieszczęsne. Uciekają ode mnie nawet miśki Haribo, nie wiedzieć jak i nie wiedzieć po co, nie wiedzieć jakim sposobem odnajduję je na podłodze, kilka metrów od biurka.

Miśkom Haribo też jest niedobrze. Może miśki Haribo także tęsknią, kochają i recytują sobie wierszyki: „Mamy czerwone chorągiewki, mamy dziewiętnaście lat, mamy owczarki niemieckie, samochody, mamy złamane serca”. Na więcej nie starcza im już sił, zaledwie kilka metrów od biurka, stąd nie ma ucieczki, z tego gówna nie ma ratunku, w tym gównie nie doszukamy się rodzynków, krakersów i chrupek o smaku pomidora i cebuli nawet gdybyśmy bardzo chcieli a marzenia skrupulatnie zapisywali na dysku twardym kieszonkowego komputera. Więc leżymy razem nieopodal biurka, miśki Haribo rodzą rzewne, krokodyle łzy o smaku żelek. Ja pocieszam się myślą. Że to ja będę tym, który będzie urywał łby swoim kompanom w żałości.

Wyszli ci co ich kocham.
(Marcin Świetlicki)

Rewolucjonista przestaje być rewolucjonistą, jeśli uczucia przyjaźni lub miłości mogą powstrzymać jego rękę od zadania ciosu.
(Bakunin i Nieczajew)

Miko pojechał na tydzień z Gosią do Karpacza. Będą się kochać i będzie im dobrze, zawsze musi być dobrze, zdarza się, że jest dobrze. Będzie im dobrze i nie będą pamiętać o świecie, zawsze musi się zapomnieć o świecie, zdarza się, że o świecie nie trzeba pamiętać. Można uśmiechać się do nieznajomych spotykanych na szlaku, przemywać się w górskim strumyku, ach, jak słodko, to nic, że wyżej zobaczycie mężczyznę lejącego prosto do źródełka, to nic, to nieważne to wszystko, można spać w samochodzie, spać w schronisku dla harcerzy, zlizywać lody bez przedwczesnych myśli o czającej się salmonelli, wysyłać pocztówki z górskimi widokami do rodziców zajętych pracą, zajętych życiem, to nic, że niewiele przydarzy się wam dni, w których opuścicie schronisko, w których z własnej woli wyruszycie w góry, przepraszamy państwa bardzo, ale raz w miesiącu czyścimy pokoje gości, a państwo nie otwierają drzwi, czy państwo jeszcze żyją, tak, żyjemy, to właśnie dlatego, że żyjemy, czy państwo są nowożeńcami, można oddychać pełną piersią nawet w zapadłej dziurze, zapomnieć o zaległych rachunkach, słowach sprzed tygodnia, sprzed miesiąca, słowach co były jak noże, jak zarzewia konfliktów, niepotrzebnych, teraz można zobaczyć jak bardzo. Michał postara się zatrzymać te wszystkie chwile, migawka, nieznaczna obróbka w Photoshopie, byleby tylko to było, byle trwało, nie kończyło się nigdy. Będzie je zatrzymywał i umieszczał w albumie, obrabiał nieme chwile, długie minuty, godziny nocne bez słów, bez gorączkowych wyznań, tak zbędnych teraz, teraz, jeszcze. Dobrze jest mieć powód, dla którego warto uznać bezużyteczność świata, tak dobrze.

Grzesiu nie pojechał z sobą nigdzie w tym tygodniu. Będzie się przytulał do poduszki i nie będzie mu dobrze, zawsze musi być niedobrze, właściwie to nie zdarza się, że jest dobrze. Nie będzie mu dobrze i będzie pamiętał o wszystkim, zawsze musi się pamiętać o wszystkim, zdarza się, że pamięta wszystko, przede wszystkim to, co niepotrzebne. Można obrócić w żart, tak, żarty przed lustrem są bardzo zabawne, do rozpuku, zatrzęsienia, do łez, można gnić w zaciszu pokoju, tak mówi Miko, więc gniję i rozkładam się przed samym sobą, jakbym samego siebie miał wziąć i zerżnąć, jak kurwę, chodź do mnie ty kurwo, pokaż co tam masz między nogami, więc gniję i czekam na dzień, w którym już do reszty mnie popierdoli, w którym szminką mamy wypiszę miłosne wyznania na wszystkich lustrach w domu, na dzień, w którym pamięć, ta najgorsza z kurew, najtańsza i najprostsza w eksploatacji, wydawać by się mogło – jednorazowa, a powracająca każdej nocy, z uporem, oferująca coraz mniej, lecz nie odchodząca nigdy, w swojej niszy, zatęchłej norze zamykanej na klucz oczekuję na utratę pamięci, absolutną amnezję, własną wolę, oczekuję na listy miłosne od niedoszłych kochanek, na perwersyjne smsy od przyszłych, walentynkowe kartki, niechby i we wrześniu, na przypływ natchnienia, by opisać cały ten syf, ale nic się nie rusza i nic nie jest opisane, bo trudno opisać nic, więc nie ma nic, na papierze nie ma nic, oprócz tych, co już coś zdążyli, Fuentes opowiada tak pięknie, Iwaszkiewicz częściej nudzi niż prowokuje do czynienia brutalnych podkreśleń ołówkiem, Dostojewski dużo mniej strawny niż kilka lat wcześniej, nowe numery wertowanych zaledwie tygodników, jakiś dziennik, który przydaje się, bo na ostatnich stronach jest sudoku, rozwiązuję więc sudoku, rozwiązuję sudoku, czytam na głos mdłe wierszyki kolegów i koleżanek, po co nam te wszystkie chuja warte wiersze, lepiej byśta poszli z łopatami przekopywać rowy, tyle samo pożytku, nie uczę się, chociaż wiem, ze już dawno powinienem był zacząć (Of course all pupils hope to get good/high marks and to pass their exams, not to fail them!), w telewizji nie ma nic, oglądałem kawałek meczu i kawałek obnażonej Pameli Anderson z czasów przedsilikonowych, nie wiem, które z wydarzeń sprawiło mi większą przyjemność (Marcin mówi, że też oglądał Pamelę bez tajemnic i że zasnął w połowie i spał i weszła mama do pokoju, gdzie Pamela ściskała z rozkoszą swoje cycuszki, a on leżał rozwalony na fotelu i śnił o innej jeszcze zapewne parze cycuszków; następny dzień był dniem poważnych rozmów o życiu, o byciu dorosłym i „zmądrzeniu wreszcie”; najwidoczniej rodzice nie dojrzeli jeszcze do terapeutycznej roli spełnianej przez niektóre części ciała kobiet mieszkających za oceanem), chodzę spać w chwili, gdy rozbrzmiewa budzik budzący tatę do pracy, wstaję, gdy tata na dole otwiera drzwi do garażu, znak, że właśnie wrócił z pracy, mama sprowadziła do domu parę starych Niemców, niespodziewana germanizacja, tragiczny komizm całej sytuacji zrozumieją ci, którzy poznali się na mojej znajomości języków obcych, by było jeszcze zabawniej, to ja jestem tym właśnie, który robi za tłumacza, więc jest zabawnie i chwila ta przedłuża w nieskończoność gnicie, powolne gnicie, stąpanie po niepewnym gruncie, gruncie, którego już nie ma, po moim gruncie stąpa już ktoś inny. Synku, nie wiem, czy ty jesteś panicz jakiś, że ja cię może jeszcze przeproszę za to, że wchodzę do twojego pokoju, ale najwyższa pora, żebyś tutaj posprzątał, raz na tydzień to chyba nie jest dla ciebie za duży kłopot. Nie będę się starał zatrzymać tych wszystkich chwil, lecz one zachowają się same, niewiele będzie chwil lepiej zakonserwowanych, zarchiwizowanych na przekór, byleby trwały, by nie zapomnieć o nich nigdy. Dobrze byłoby mieć powód, dla którego warto uznać bezużyteczność tego pierdolonego świata, tak dobrze.

Nie znosi pani widoku szczęścia?
(Jarosław Iwaszkiewicz)
Za pozwoleniem, pan widocznie ma na myśli coś innego.
(Lew Tołstoj)

Łzy są niepotrzebne. Potrzebna jest garść, w którą można się wziąć. Garści nie ma skąd wziąć. Nikt jej nie podaje, nie rozkłada. Nie rozkłada się przed tobą. Ludzie rozkładają się w sobie. Z siebie. Do końca. Podają ci pięści. Przyjmujesz? Zakład, że nie ustoisz. Cios.

Pada w momencie, w którym przychodzi do ciebie sms. I padają słowa. Za oknem, rzęsiście, za otwartym oknem. Świeże powietrze – niespodziewany dysonans. Deszcz początku sierpnia. Zbędne powtórzenia. I padają słowa.

Upadają. Łamią się. Przez siebie. Jedne przez drugie. Też chciałbyś upaść, ale jest w tobie jeszcze jakaś resztka nieludzkiej siły. Z tego deszczu. Może słów. Niewypowiedzianych.

Myślisz, że byłby to ładny obraz do współczesnego filmu o młodych ludziach zamieszkujących Polskę. Ten cały deszcz z tym całym twoim telefonem komórkowym. Z wyczerpanym kontem. Z wyciskaniem łez, wciskaniem kitu przewrażliwionym widzom. Z oczu, do oczu.

Czoło dociskające się do szyby, krople deszczu rozbijające się o mury domu, nad samym oknem, wpadające mimochodem, zraszające. Powieki, rzęsy, brwi. Policzki, kąciki ust. Niknące, drgające w szybie lustra.

W plastikowe okna tata już nie wciska kitu, a na Dworcowej jeszcze wciskał. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Jako mały chłopiec uciskałem woreczek z kitem. Był miękki, ciepły. Sprawiał przyjemność, pewnie jedną z pierwszych. Pewnie jedną z niewielu. Prawdziwych. To tylko tata kit wciskał. Ja wierzyłem.

Iluzja. Iluzja. Iluzja.

Pada w momencie, w którym przychodzi do ciebie sms. I padają słowa.

Czy Ty nic nie rozumiesz?!! Czy Ty nic nie rozumiesz?!! Czy Ty nic nie rozumiesz?!!

Zbędne powtórzenia. I padają słowa.

Umierają. Autorzy, czytelnicy. Słów. Niewierni, zakochani, niewolnicy, kapłani. Marzyciele, wierzyciele. Iluzjoniści.

Nie mogę jej podtrzymywać. Nie mogę jej podtrzymywać. Nie mogę jej podtrzymywać.

Łzy są niepotrzebne. Potrzebna jest garść, w którą można się wziąć. Garści nie ma skąd wziąć. Nikt jej nie podaje, nie rozkłada. Nie rozkłada się przed tobą. Ludzie rozkładają się w sobie. Z siebie. Do końca. Podają ci pięści. Przyjmujesz? Zakład, że nie ustoisz. Cios.

Nauka chodzenia. Każdego dnia na nowo. Z każdym deszczem, sygnałem telefonu, nic nie znaczącą zmianą piosenki w playliście. Przytulam się do Andrzeja Bursy. Andrzej podaje mi kule, za pomocą których powinienem zacząć chodzić. Kule słów. Kule słów przebijają na wylot, na wyrost. Od kuli słów trafisz do kuli, wrzucają cię tam.

Mama straszy: Synku, jeśli będziesz niegrzeczny, źli ludzie wrzucą cię do kulki i Bozia zrobi tobie amen.

Andrzej nie ma aorty. Ja nie mam serca.

Nie chcę. Nie chcę. Nie chcę.

Bo jeżeli dusze nie umierają, to dobrze, że żegnają się bez patosu.
(Jorge Luis Borges)

Urządzam sobie wycieczki osobiste. Wracam do domu. To nieludzkie.

Wracam z wycieczek osobistych. Nie potrafię trafić w furtkę, idąc pomaga mi płot. Podtrzymuje mnie płot, płot podtrzymuje mnie przy życiu, podtrzymuje mnie na duchu. To nieludzkie.

Duchy palą papierosy i stare ubrania. Na kupie, przed domem. Pies obszczekuje wszystkich. Duchy, ubrania, papierosy. Dym, ogień. Właściciela. Jeśli właścicieli jest kilku, obszczekuje wszystkich. Kupa niegdysiejszych ubrań. Paczka niegdysiejszych papierosów. Niegdysiejsi właściciele. Kilku właścicieli. To nieludzkie.

Doszedłem do domu, ale przed domem są duchy. Z trudem schodzę po schodach. Przytrzymują mnie mury domu. Podchodzę do duchów, bliżej, jak najbliżej. Macham im przyjaźnie. Spalmy płot, mówię, spalmy furtkę, spalmy wszystko. To nieludzkie, mówią duchy. Duchy uciekają.

W domu telenowele. Aktorów podzielono na dwie grupy. Pierwszą tworzą ci, którzy kochają, drugą ci, którzy nie kochają. Proste zależności. Ckliwe dychotomie trudne do uchwycenia ludzkim okiem. Na półce pod telewizorem kolorowe magazyny o bohaterach telenowel. Świat seriali. Kolorowe pisma ratują honor rodziny. Ja mogę je zniszczyć. Ja patrzę okiem nieludzkim. Mnie wolno. Mnie nie wolno inaczej.

On jest Stefanem, a ona Aurelią. Ona płacze, bo on jest mężczyzną. To nieludzkie. To tradycja. Dogmat, reguła, zasada, nakaz, konstytucyjny zapis, pierwsza strona podręcznika od savoir-vivre’u. Stefan prosi, by się do niego odzywała. By od niego nie odchodziła. By została. By mu była. Błaga ją. To nieludzkie. Aurelia płacze. Scenarzysta zapomniał o jej kwestii. Aurelia płacze. W następnym ujęciu Aurelia pisze smsa do Stefana: Stefan, nie tylko tobie jest ciężko. Aurelia płacze i wysyła i płacze i wysyła. To nieludzkie, tak wysyłać.

W następnym odcinku: Stefan odbiera smsa; Aurelia poprawia rozmyty makijaż. Stefan odpisuje na smsa, prosi, błaga; Aurelia stoi przed lustrem, bawi się kredką. Dzwonek do drzwi Aurelii; niepoprawiona dostatecznie Aurelia otwiera drzwi. Co tym razem powie Aurelii Stefan? Czy po raz kolejny Stefan wyzna jej miłość? Czy Stefan, podobnie jak w ostatnich trzystu dwunastu odcinkach, będzie ją błagał? Czy Aurelia, wiedząc dobrze, co i tym razem powie jej Stefan, ponownie trzaśnie drzwiami przed jego nosem? Czy Aurelia przerwie milczenie i zaprosi Stefana do siebie, do środka, do wszystkiego? W jaki sposób uczci pierwszą rocznicę ich spotkania? Czy będą razem szczęśliwi?

Ściskany w dłoni pilot płonie. Pilot telewizyjny płonie na stoliku. Przyciski tracą swe pierwotne znaczenia, telewizor traci sens, „Świat seriali” traci rację bytu. Zamazują się wycieczki osobiste. Jakby drogę powrotną wspomagała nieludzka mgła.

Jestem duchem. Moje łzy unoszą się w powietrzu, rozbijają się o sufit. Przyszłe pokolenia powiedzą, że to awangardowy rodzaj dwudziestopierwszowiecznej tapety.

I już po wszystkie czasy nie będzie więcej boleści, bo takie jest proroctwo.
(Fiodor Dostojewski)

Nikt nie chce o tym rozmawiać.
(Małgorzata Nowicka)

Trochę tak, jakby poranki nie miały sensu. Wczesne popołudnia, zmierzch wieczoru, nieuchronne nadejścia nocy, która delikatnym ruchem przymyka powieki. Zamyka okładki książki, układa do snu, który nie potrafi przyjść. Jak to niepełnosprawni. Zniekształca ułożenie prześcieradła, analizuje dzień zniekształcającymi rzeczywistość kobietami przychodzącymi tylko w czasie snu. We śnie przychodzi mama, mama ostrzega wahadłowym ruchem palca wskazującego: „Zostaw to, synku, zostaw to wszystko w spokoju, odejdź jak wiejski pies, idź do lasu, umieraj w samotności, przykryj się jakąś gałęzią, taką, która najbardziej będzie ci odpowiadała”. Mamo, rano nie potrafię się obudzić, w nocy nie potrafię zasnąć, w dzień nie potrafię żyć. Synku, wychodź na dwór, rozruszaj te swoje mięśnie, nie czytaj książek, pograj w piłkę, znajdź sobie jakąś pracę, zajmij się wreszcie czymś, zostaw mnie w spokoju. Zostawię cię w spokoju wiecznym, mamo.

Brzydko mówisz, za każde brzydkie słowo wrzuć dwadzieścia groszy do skarbonki. Za zebrane w ten sposób pieniądze kupimy sobie w sobotę lody. Bigmilki. Może wygramy gratisy i będziemy jeszcze szczęśliwsi. Przed otwarciem jesteśmy pewni, że nic takiego już się nie wydarzy. Domyślamy się tylko łakomie się oblizując – że los się już nie odmieni, że Al-Kaida zburzy kiosk w Liniewie i już w ogóle nie będzie po co wstawać z łóżka, że któregoś dnia krzyk mamy przeobrazi się w szept i tak pozostanie już na zawsze, że któregoś dnia odczytasz krótką wiadomość tekstową, w której będziesz już tylko pomyłką i chwilą słabości, przygodą i obezwładniającą czułością. Domyślam się tylko łakomie się oblizując – patyk, który tego dnia przyniesie mi zwycięską porcję gratisowych lodów wyrzucę do kosza i udam się w stronę lasu.

Za każde brzydkie słowo wrzuć dwadzieścia groszy do skarbonki. Mam trzy akapity brzydkich słów. Pełną skarbonkę, pustą skrzynkę odbiorczą.


  • RSS