wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Lecz bez miłości śniący nie mają dość sił, by dalej śnić. Tym bardziej nie mają sił, by się obudzić.
(Magdalena Tulli)

Nie pozwolę ci się wymknąć. Jeśli mówisz „nie”, zawsze mogę się z tym „nie” nie zgodzić. Gdybym się zgodził, przegrałbym. Nie zgadzając się z „nie”, wiem, że jeszcze można. Że nie pozwolę ci się wymknąć. Nie chcę mówić, że miałem szansę na szczęśliwe zakończenie tej historii. Miałem szansę na szczęśliwe zakończenie tej historii i straciłem ją. Tym razem nie pozwolę ci się wymknąć.

Mężczyzna pojawia się nagle. Kobieta zjawia się nagle w mężczyźnie. Mężczyzna chce znaleźć się w kobiecie. Wcale nie nagle. Wie, że to proces. Proces, w którym nie ma winnych. Dąży się do wyroku. Jak najwyższego. Czasami wyrok jest głośny, nagłaśniany, przechodzi przez ściany pokoju hotelowego, a z regałów sypią się książki. Czasami trzeba go przełknąć, zdusić w sobie, przemilczeć. Właściwie to niczego nie trzeba. Właściwie to rzeczywistość się dzieje. Albo nie.

Dlatego nie można zgodzić się na „nie”. Gdybym się zgodził, przegrałbym. Ale to nie gra. To melodramat ubrany w sukienkę. Że niby uwierzymy w scenografię, w film ambitniejszy, perfekcyjne aktorstwo, skrzypce wwiercające się w głębię. Gramy w melodramacie. Czasami ktoś ucieka z planu zdjęciowego, mimo że grał tutaj główną rolę kobiecą. Potem milczy przez wiele miesięcy. Łzy płyną po policzkach, wpływają do ust, układy scalone ulegają zniszczeniu. Łzy zatracają po drodze swój słony smak. Nie ma już różnicy czy spija się je prosto z oczu, czy też pije się niegazowaną wodę mineralną prosto ze szklanki. Możnaby urządzić casting na nową aktorkę. Coś tam się nawet urządza. Jury konkursowe mówi: Ściągnij sukienkę, rozepnij bluzeczkę, wypnij pupę. Gra jest przecież o dużą stawkę. Trzeba wiedzieć wszystko.

Hong-Kong, Singapur. Mężczyzna mieszka w jednym wielkim mieście. Kobieta mieszka w innym wielkim mieście. Jeszcze nawet nie mieli okazji pokłócić się o to, które z tych miast jest większe. Może wydaje się im to zbyt oczywiste. Nie zdążyli porozmawiać o lekcjach geografii w szkole podstawowej. O tym czy lubili uczyć się nazw stolic Afryki na pamięć. Do tej pory mężczyzna mówił kobiecie, że ją kocha. Do tej pory kobieta mówiła, że kocha mężczyznę, ale ten mężczyzna nie miał tak samo na imię. Mężczyzna zdziwiony odchodził i zatracał słony smak coraz bardziej. Czasami się odwracał.

Myślę, że wiele zależy od interpretacji. Może nawet wszystko. A więc jesteś androidą z opóźnioną reakcją. Bohaterowie filmów są żałośni, prawda? Wszystko działo się po upływie dziesięciu godzin, wszystko stawało się jasnym. Czasami dzieje się rok, tysiąc godzin. Czy tysiąc godzin oznacza rok? Opóżniona reakcja kiedyś musi nastąpić, pociąg musi się zatrzymać, zabrałem już swoje 2046, już je mam, wiem o co chodzi, rozumiem, jestem pewien. Nie możesz przegapić następnego przystanku. 2046 czeka na ciebie, czeka na twoją spóźnioną reakcję. Na właściwą interpretację. Więc miłość, która jest od dawna jest miłością zbyt wczesną. Więc miłość mężczyzny z innego wielkiego miasta jest miłością właściwą. Właściwa interpretacja.

Wspomnienia są śladami łez. Niepotrzebne są ślady. Kiedyś się przydawały, ale to było dawno, byliśmy wtedy dziećmi, a ciebie wtedy jeszcze w ogóle nie było. Gdzieś byłaś, chodziłaś na stopach ojca, miałaś umazane szminką mamy policzki. Bawiliśmy się w podchody, każde w swoich krzakach. Ze swoimi śladami. Teraz ślady są zbędne, a krzaki powinny być jedne. Zamiast wspomnień odrapania na ciałach. I wcale nie z powodu wspomnień. Na dzisiaj wystarczy już metafor. Bądźmy mężczyznami chociaż raz do roku.

Kobieta wyciąga nagą nogę. Kładzie ją na ciele mężczyzny. Mężczyzna nic nie mówi, ale musi mu się podobać. Mężczyzna jest nieco inny, różni się nieco od aktora. Kobieta, kobiety również. To mężczyzna obawia się, że kobieta zawsze będzie wracać do swojego pokoju. I nawet dziesięć dolarów, piętnaście tysięcy, może mu nie pomóc. Kobieta ucieka. Mężczyzna nie biega szybko. Kobieta musi się zatrzymać, jak pociąg. Pełen wspomnień. Wyrzucić wspomnienia. W pociągu jest tylko jeden mężczyzna. Mężczyzna oczekuje aż drzwi się otworzą i wejdzie kobieta, która zastąpi wspomnienia i brak wspomnień. Kobieta, nie android, który miałby tę kobietę zastąpić.

Wywinęła się z moich ramion, odepchnęła mnie lekko od siebie i spytała zawstydzona, czy nie jestem nią trochę rozczarowany.
- Rozczarowany? – zdziwiłem się. – Co masz na myśli?
- Nie jestem za gruba? – spytała, spuściła wzrok i wpatrzyła się w swój pępek.
- Za gruba? No wiesz, jesteś doprawdy cudowna. Jak z Renoira.

(Henry Miller)

Mama dzwoni, by powiedzieć mi, że jestem złym synem. Pyta mnie dlaczego znowu nie byłem w kościele. Mówi, że mam skończyć te studia i wracać do domu, bo się spuszczam. I, że kiedyś byłem lepszym synem. Wierzę mamie. Kiedyś byłem lepszy.

Dowiaduję się, że moja koleżanka płacze.

Środek sesji, dzień powszedni, wtorek. Wstaję o czternastej. Na śniadanie, które jest obiadem podsmażam sobie kotlety z zeszłego tygodnia. Są twarde. Nawet po podgrzaniu.

Za każdym razem, gdy na ulicy otrzymuję od dziewczyny ulotkę z reklamą lektoratu włoskiego myślę o Magdzie. „Włoski”, myślę. Nie są to myśli o jej lektoracie. Sięgam głębiej.

Piszę koleżance, która płacze: „Nie płacz”.

Kraków posiada wiele pięknych kobiet. Patrzę na nie oczyma wyobraźni. Nie wiem czy oczy wyobraźni też mają wadę wzroku. Obawiam się, że nie.

Kseruję książkę, którą przeczytałem dwa tygodnie temu. Binduję ją. Rybol pyta się po co mi to. Mówię, że pamiętam, że gdy ją czytałem to mi się podobała.

Okazuje się, że koleżanka płacze jeszcze bardziej.

Na Karmelickiej dwaj mężczyźni, z których jeden mówi: „To musiała być jakaś kurwa chyba”.

Rybol mówi, że jestem jebnięty.

Przypominając sobie swoje sny czuję się jak producent filmów pornograficznych. Tych najtwardszych. Jak podgrzewane kotlety z zeszłego tygodnia. Co pocieszające, jest w nich jednak zawsze jakaś nutka romantyzmu.

„Przecież wiesz, że to bez sensu”, piszę mojej koleżance, która płacze jeszcze bardziej.

Wydaje mi się, że gdybym spotkał Freuda za jego życia, byłby dzisiaj jeszcze sławniejszym człowiekiem.

Na Rynku Głównym jedzie samochodzik z turystami. Samochodzik mówi do turystów w języku francuskim. Zaczynam się śmiać. Wyobrażam sobie, że pomylono taśmy. W samochodzie siedzą turyści z Niemiec, puszczają im taśmę mówiącą o Krakowie w języku francuskim, więc turyści niemieccy chuja rozumieją z tego wszytskiego, co stara się im o tym historycznym mieście przekazać lektor francuski, któremu płacą od godziny czytania.

Rozumieć chuja to również sposób na życie. Niektórzy nie rozumieją nawet tyle.

Koleżanka najwidoczniej uznała, iż nie nadaję się do pocieszania. Jej decyzja również mnie przynosi ulgę.

Dominika nazywa mnie chodzącą perwersją. Myślę, że przesadza. Staram się ograniczać chodzenie do minimum.

Koleżanka, która przez dwa tygodnie była moją dziewczyną pewnego lata, zbiera złote myśli. Zapisuje je sobie w komórce. Ostatnio znalazła bardzo piękną myśl: „Szanuj siebie. Szanuj innych. Bądź odpowiedzialny za własne czyny.” Spytała się mnie, czy mi się podoba. Odpowiedziałem, że bardzo. I że przypomina mi to mojego psa.

Kupiłem sobie litrową Pepsi. Zawsze tak robię, gdy kończą mi się pieniądze.

Mężczyzna karmiący na Rynku gołębie rzuca okruchami w moje spodnie. „Przepraszam”, mówi. „Nie szkodzi”, mówię i wyciągam okruchy z buta.

Grzesiu chce mnie nagrać na dyktafon i pokazać całemu światu jaki jestem naprawdę. Sam z chęcią wysłuchałbym tych nagrań.

Gosia pyta czy to prawda, że chodzą słuchy. Odpowiadam jej, zgodnie z prawdą zresztą, że nie chodzę tam, gdzie chodzą słuchy.

Moje myśli dużo myślą. Przypominają. Są moim organizerem, który przypomina o wszystkim; wszystkim prócz tego, co dopiero ma się wydarzyć.

W bibliotece po raz kolejny pobrano ode mnie karę. Dużą. Bolesną. Za moje zasługi we wspomaganiu polskich bibliotek od morza do Tatr powinienem otrzymać medal od prezydenta. Lub co najmniej Jarugi-Nowackiej. Jestem jednych z pierwszych, który wyjdzie na ulicę, by protestować przeciwko wprowadzeniu opłat za pożyczanie książek z bibliotek, a w rzeczy samej płacę za książki od kilku już z górą lat. Dużo i boleśnie.

Sms, że chujowo, że nie będzie stypendium. Po mojej odpowiedzi milczenie. Kolejny raz dowiaduję się więc, iż nie najlepsza ze mnie pocieszanka.

Pocieszam się (sam). Że w czymś innym muszę być dobry. W czymś muszę. No, kurwa mać, w czymś muszę na pewno, no.

Przed najtrudniejszym egzaminem pożyczyłem sobie dzisiaj cztery książki. Borges, Cendrars, Tulli, Miller. Chciałem jeszcze Tyrmanda, Dostojewskiego i Cata-Mackiewicza, ale doszedłem do wniosku, że wtedy już na pewno nie zdam, bo to kolejne dwa tysiące stron gratis.

Tak właściwie to przed kilkoma chwilami wstałem. Jest wieczór, ludzie, którzy przed momentem wrócili z pracy właśnie wyciągają nogi na fotelu, włączają telewizory, zagryzają kanapki. Czyżbym nieekonomicznie posługiwał się swoim czasem?

Przesadziłem.

Za wszystkie słowa zapomniane żałuję i z całego serca proszę o przebaczenie, proszę o pokutę i rozgrzeszenie. Idę na „Wieczorynkę”.

Może znów będzie coś o miłości. Do misia.

Czystki w szyszynce, ssiesz mankiety duszy,
aż między zęby wchodzą sprute nitki
i wypadają plomby przeznaczenia,
zerwane wątki plączą język, kiedy
w gardle kiełkuje właśnie embrion wrzasku,
co ze sztucznego powstał zapłodnienia
czarcim nasieniem wlanym gwałtem w oczy,
uszy niewinnie trwające w rozwarciu,
pipetą reklam, pincetą komercji…
O! dlaczego nie ma wiotkich kondomów przeciwko percepcji?
czy prezerwatyw na ideologię?
Światu potrzeba zrobić wasektomię!
bo z jajka czaszek co rusz się wykluwa anetA,
gnuśny pasożyt z trzewi telenowel,
zamiast Ateny, anetA i jej dwaj herosi Kantor,
Polucjusz – tak zachodzą zmiany w scenach populi -
stycznego naszej Kultury przywidzenia.
„Kwasami” wytrawione z sumień wszelkie zasady
pozostawiają narko-meandryczne ścieżki -
układ rozscalony dawnych systemów tzw. wartości.
Dzisiaj papieros starczy za elegię, pusty kieliszek zaś
już jest rapsodem.
Karmiony śmieciem
tłusty robal mózgu sam się staje ścierwem,
padliną skarlałego ducha. Pegaz pokryty
parchem nihilizmu zdycha wśród puszek
zupy Campbell i kserowanych kopii Mony Lisy. Poezja
miała być śledztwem w sprawach najważniejszych,
a nie grzebaniem w wysypiskach świata, ale poezja
leży wykolejona na mordzie i kwiczy, a wokół
stado dzieciaków z kijami krzyczy: „zabić zwierza”!

/strzyga vel strzyga/
Fajnie wchodziliśmy w życie, inna rzecz, w jaką chujnię to się później zmieniło.
/Serhij Żadan/

Mam w dupie czytelnika, a w nosie katar. Wydaje mi się od kilkunastu dni, że wraz z wydmuchiwaniem siebie chudnę, chudnę nieustannie. I już mnie nie ma prawie, już się kończę, coraz szybciej się kończę. Wymyśliłem to na Wiślnej – że mam w dupie czytelnika, że jeszcze jakiś czas temu myślałem o czytelniku dosyć często, że ów wymyślony, wyimaginowany, przypadkowo napotkany czytelnik narzucął mi swoistą samodyscyplinę, autocenzurę. Że dbał wręcz o moje słowo pisane, o moje zdanie mówione, że odważnie pokazywął język w moją stronę, groził palcem, gdy metafora, którą wymyśliłem był anietrafiona jak chuj. Taka metafora jak chuj. I z chusteczką przy nosie, na Wiślnej, wydmuchując siebie w chusteczkę, wydmuchując w nią kolejne kilogramy siebie wymyśliłem, że jeśli istniejesz mam cię głęboko w dupie. Sam sobie od teraz będę narzucał, wszystko sobie będę narzucał. Co sobie wymyślę, automatycznie sam sobie to narzucę.

To nic, że katar, wiatr, przeklęte tłumy przeklętych ludzi na Rynku. Jest też na przykład ustawiona scena, jedna z wielu ustawionych scen, wszystkie sceny są ustawione, i ta scena, ta jedna właśnie, jest podpisana i ma na sobie, nad sobą wielki napis, który brzmi: „Prometeusz”. Dlaczego tę akurat scenę nazwano Prometeusz? Być może po to właśnie, by pan prowadzący, konferansjer z Koziej Dupy mógł zapytać biorące udział w konkursie a stojące na scenie dzieci o to, który kwiat nazywany jest kwiatem zakochanych. Dzieci są mądre i dzieci odpowiadają, że róża. Kurwa, myślę sobie, róża, no pewnie, że róża, co mi jakiś kwiat lotosu chodzi po głowie? Jaki, kurwa, kwiat lotosu w ogóle? Jest coś takiego jak kwiat lotosu? Skąd żem se wziął ten kwiat lotosu?

Słuchając mądrych dzieci wchodzę do Empiku. Jestem głodny jak nietrafione porównanie. Jak chuj. Więc biorę „Big Maca” Serhija Żadana i pierdolę wszystko, także czytelnika. W tym właśnie momencie sam mam stać się na momentów wiele czytelnikiem. To nic. Nic z tego. Na drugim piętrze pytam się pań, któe nie są brzydkie gdzie jest literaturoznawstwo, bo kiedyś było na dole, a teraz nie ma i nie wiem gdzie jest a szukam. Panie się uśmiechają i nie wiedzą. Jeśli już nie wiedzą, to lepiej niech się uśmiechają. To chyba dobrze o nich świadczy. Też zaczynam się uśmiecham i sięgam do kieszeni, że niby ile to ja mam pieniędzy ciekawe. Poproszę Ice Tea. Przykro nam, nie mamy w tej chwili Ice Tea i nie wiadomo kiedy będzie. Szkoda, ale to nic, mówię i znowu się uśmiecham i druga pani, bo dwie były panie, też się uśmiecha do mnie, to najpewniej uśmiechanie bez zobowiązań, czy w ogóle warto się jest uśmiechać do kogokolwiek jeśli nie prowadzi to do żadnych zobowiązań, a zresztą, może tak powinno być, może tak jest łatwiej, to poprosze Caffe Latte, wypowiadam się niezdarnie, a pani pierwsza każe mi więc czekać. Jestem burżujem, daję sześć złotych, jest pianka, lód, dużo lodu, zimno, boli mnie ząb, na dnie zimna kawa, wszytsko zmrożone, więc biorę to wsyztsko oddając sześć złotych i siadam przy stoliku i mam w dupie cały świat, czytelnika także.

Nie wiem ile trwa czytanie, dwie godziny może dłużej. W każdym bądź razie przeczytałem tego Żadana w całości i prawie w cąłości uważam, że to dobra książka. Myślę jednak więcej o sobie niż o książce. Myślę sobie mniej więcej tak – jaki jestem pojebany, jutro mam trzy kolosy z niemieckiego, termin zaliczenia z niemieckiego już minął, jaki jestem pojebany, we wtorek mam egzamin, a książka, którą koniecznie trzeba na niego wkuć zawiera nieprzyzwoita i szkodliwą dla zdrowia ilość słów kurewsko niezrozumiałych, jaki jestem pojebany, w środę mam egzamin z angielskiego, na który nic nie umiem, gdyż nie umiem żadnych języków obcych, a więc przyjade tutaj specjalnie we wrześniu zdawać języki obce, których w ogóle nie rozumiem, a których przez to, że w ogóle nie rozumiem, w ogóle się nie uczę i do których tym smaym w ogóle nie zaglądam, jaki jestem pojebany. Jak nietrafione porównanie. Lepiej czytać tego Big Maca, pić mrożoną kawę wiedząc, że ma się katar i nie ma się pieniędzy, lepiej czytać tę książkę i spisywać nawet jej fragmenty na ulotkę, która mówi mi o tym, co dzieje się na festiwalu POPLit, który rónież w ogóle mnie nie interesuje. Na tej ulotce jest Jonathan Caroll i Agnieszka Wolny-Hamkało. I zdjęcie z filmu „Pianistka” – ta słynna scena z ubikacji. Pamiętam, że zrobiło mi się smutno, gdy była ta scena. Bo on nie miał spodni, ona zacisnęła rękę na jego penisie i poruszała tą ręką na jego penisie. I on już prawie dochodził, czasami w życiu już tak jest, że jedyne do czego można w nim dojść to orgazm, ale to wcale nie myśl o bohaterze tego filmu, prędzej już o mnie, no, ale nieważne, ucieknijmy od dygresji, w każdym bądź razie, gdy już dochodził ona przestała, puściła rękę i już nie poruszała dalej ręką na jego penisie. Poruszyła mnie ta scena, gdy ona przestała poruszać ręką. Byłem poruszony. Myślałem o tym wtedy, nie po raz pierwszy i nie ostatni, że kobiety to zimne suki. Jak Caffe Latte. Po seansie Malwina obiecała, że kiedyś zaprosi mnie na bigos.

Przeczytałem i zapytałem panią trzecią o kosz, śmietnik. Tak się wyraziłem: Kosz, śmietnik. Nie wiedziałem, która z wersji będzie pani odpowiedała bardziej. Pani odpowiedziała: Oczywiście i zabrała mój plastikowy kubek, który był pusty. Głodny dużo bardziej niż przed czytaniem, z dręczącymi, ale niczego nie zmieniającymi myślami o mojej kończącej się karierze na uczelni, której nigdy nie było (kariery, nie uczelni) idę Rynkiem, wieje wiatr, chce mi się rzygać. Przepełniony kawą, pusty od środka, wydmuchany od kataru, ide rynkiem i ledwo idę. Właściwie to się zataczam i staram się nie myśleć, na kórego z mijanych na Rynku przechodniów za chwilę się zrzygam. Zimne powietrze, nabieram go w płuca, staram się kontrolowac oddech, zaraz się zrzygam. Dochodzę do kawiarenki, kupuję godzinę, korzystam z kawiarenkowej ubikacji, piszę notkę. W gruncie rzeczy jest mi bardzo niedobrze. Trochę mi przeszło, ale wciąż za bardzo. W gruncie rzeczy też nie byłoby to przyjemne gdyby mnie wyrzucono ze studiów. Mama nie byłaby szczęśliwa. Muszę dojść do domu. Coś zjeść. Czasami trudniej dojść do domu niż do orgazmu. Coraz częściej nie udaje mi się ani jedno ani drugie. Praktycznie zawsze myślę o tym, że nic mi się nie udaje.

Ostatnio również o tym, że mam w dupie czytelnika.


  • RSS