wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

pack and get dressed
before your father hears us
before all hell breaks loose.

(Radiohead)

Zrób mi to delikatnie. Popatrz jakie mam oczka, jak jelonek Bambi. Rozszerzone źrenice jeszcze przez jakiś czas mogą ci kształtem przypominać ciała przeszłych miłości – lewa nieco mniej wyraźna, prawa wciąż może ci przeszkadzać. Nie martw się, mała dziewczynko, to przejdzie. Wypalimy sobie oczy, wyczyścimy konta pocztowe i przeczeszemy numery telefonów, których już nie używamy, a na które kiedyś przeznaczaliśmy wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Przeniesiemy folder ze zdjęciami do kosza, usuniemy wszystko z kosza, spalimy pluszowe misie i papierowe kalendarze, na przekór nie będziemy czytać książek i kartek świątecznych, które od nich dostaliśmy. Książek nie spalimy – książki są warte więcej, niż ci, którzy od nas odeszli. To przejdzie, mała dziewczynko, duchy nudzą się w końcu swoją bezduszną zabawą i odchodzą. Przestają nawiedzać i nucić melodie, które kojarzą się z językiem w ustach, nie łzawią z oczu, nie kłują w klatki piersiowe. Tak, mała dziewczynko, masz rację – duchy nie czują bólu, duchy nie mają serc. Myślisz, że powinniśmy współczuć duchom?

Zrób mi to. Zrób mi coś fajnego. Zróbmy coś, zróbmy coś. Ty dotknij mnie tutaj, a ja dotknę cię tu. Ja pocałuję cię tutaj, a ty pocałuj mnie w usta. Strach ma wielkie oczy, w wielkich oczach straszą nas duchy. Jutro ma wielkie czcionki na plakatach porozwieszanych po mieście – musimy się tylko zdecydować czy synchronizacja zegarków to najlepszy ze sposobów na życie. I czy aby na pewno ten maleńki trick znany nawet zegarmistrzom-hochsztaplerom wystarczy, by zdążyć na przedstawienie z kukłami w rolach głównych. Jeszcze nie wiadomo, mimo plakatów, tabloidowe czcionki, ekscentryczne kroje, mimo plakatów nie ma pewności, nawet „nic” jest nie wiadomo. Ile tu plakatów, mała dziewczynko – film o wiecznej miłości z Hughem Grantem, który podług słów dziewczyny z Cafe Botanica przygryza wargi dokładnie tak samo jak ja; japońska wersja amerykańskiego filmu o wiecznej miłości, ona ćwiczy judo, a on ping-ponga, pewnego dnia wpadają na siebie na korytarzu tokijskiego AWFu, on wylewa jej puszkę pepsi na białą bluzeczkę, w domu pomaga rozpinać jej guziczki i jak debil proponuje, że wysuszy jej ciało językiem, a ona, biedna, cóż ma robić, zgadza się, przecież nie przerabiali oksymoronów na AWFie; przedstawienie teatralne z mężczyznami i kobietami, wspaniali polscy aktorzy, wszyscy na emeryturze ale w rolach głównych, sztuka znanego na całym świecie pisarza pakistańskiego, na co dzień zajmującego się wypasem pakistańskich owiec i zażywaniem pakistańskiego opium, więc w sztuce tej kobiety mówią, że faceci to chuje, a mężczyźni mówią, że laski to pizdy i tak się kręci ta sztuka przez półtorej godziny, wulgaryzmy i obsceny, prawda o życiu, miłość, zbrodnia i kara, wojna i pokój, mistrz i Małgorzata, spektakl tylko dla widzów dorosłych; jest jeszcze plakat reklamujący szkołę Bruce’a Lee – mała dziewczynko, ja będę twoim chłopcem z Tokio tylko dołóż się do mojego Pepsi. Musimy coś wybrać, musimy się na coś zdecydować. Tylko nie mów, że wilgotno, kiedy plus trzydzieści w termometrach. Nie próbuję niczego powiedzieć, mała dziewczynko, rzeczywistość się dzieje. Wolisz fikcję od literatury faktu? Królewnę śniegu od dziewczynki z zapałkami? Japońską wersję amerykańskiego ode mnie zapisującego się do szkoły Bruce’a Lee? Czy naprawdę nie potrafisz sobie wyobrazić mnie roztrzaskującego nagą dłonią stertę równo poukładanych cegieł?

Zrób to delikatnie, mała dziewczynko. Nie wiedziałem, że to będzie tak boleć.

Całowałbym cię. Tymi samymi ustami,
którymi teraz milczę. Tymi samymi,
które na siłę zaprzęgam w skrzypiący
kierat ironii. A tymi samymi dłońmi,
którymi omijam cię z daleka, kiwam na
dorożkarza, rozpinam parasol, tkałbym
delikatna materię z ciepłego powietrza,
by nocą otulić twoje nagie ciało. Te same
oczy, które wypełnia gęsty, zatruty opar
snu albo wiersza, duszny jak narkotyk,
czekałyby puste, aż do czasu, kiedy
wpadnie i zakiełkuje w nich ziarno twego
światła. Powiedziałbym ci to, albo lepiej
wypisał na skórze językiem. Tym samym,
który leży zamknięty w ciemnej celi ust.

/Maciek Woźniak/
wyciskam świat jak ogromną
cytrynę w swojej okowirówce
mam kwaśne łzy soku na ustach,
na końcu języka, na początku długopisu.

(Wojciech Brzoska)

pierdolenia o niczym.

Jak mogę wierzyć?

Dagmarze
Niech się bambus języka uczy, niech się, kurwa, uczy!
(Psy
)

Uśmiechnij się, pan z Japonii chce ci zrobić ładne zdjęcie. Wystaw prawą nogę, stań jak człowiek, nie pokazuj mu wszystkich zębów, jeszcze będzie zazdrosny. Oni tam takich nie mają. Niech pan, panie z Japonii, wytnie mnie w domu, gdy już pan wróci, niech mnie pan obrobi, może pan zacząć od dupy, niech mnie pan usunie i przeniesie do folderu z osobliwościami („Creatures from Poland, I’m lovin’ it!”). Komputerowo usuniemy gołębie z kadru. Nam ptaki niepotrzebne, mamy wyższe cele. Musimy skrobać ziemniaki, wyrzucać słoiki ze starym bigosem od mamy, kupić kilka nowych rolek toaletowego papieru. Dlaczego papier toaletowy kończy się nam tak szybko? Czy naprawdę nie mamy innych mierników krakowskiego czasu prócz zużywanych dziwnym trafem w nadzwyczaj szybkim tempie rolek papieru toaletowego? Czy coś z nami jest nie tak? Czy ty, Grzesiu, naprawdę wpadłeś na ten idiotyczny pomysł, by pisać swoją pierwszą powieść na rolce papieru toaletowego? By zapisać ją do końca, z obu stron, by autograf debiutanckiej powieści wysłać następnie pocztą kurierską do Ossolineum? Czy nie obawiasz się recenzentów tytułujących swe recenzję: „Opowieść kloaczna”?

Niczego się nie boję. Uodparniam się na wszystko. Mój pancerz z przerzedzonej brody, ze zjadanej na czczo i popijanej oranżadą czerwoną ogórkowej zupki chińskiej, z kanapek z pasztetem z zielonym pieprzem, z kanapek z mortadelą z pieczarkami, z mokrych trampek, z trampek od błota, z niezaliczanych kolokwiów, z wypijanych alkoholi, przeczytanych i niedoczytanych wierszy, opuszczonych zajęć, przespanych śniadań, przypalonych obiadów, kolacji na mieście, kebabów wysypanych na kurtkę, na bluzę, na torbę, na brodę.

Mój stalowy pancerz zbudowany z wiary, która wątpi i która nie wie nawet czy wierzy w to, że sama jest, z kobiet, które majaczą w snach, a nad ranem zdają się być dymem papierosowym unoszącym się w knajpie na Kazimierzu (dużo tego dymu, tylko śmierdzi niemiłosiernie, najlepiej będzie stąd wyjść, trzasnąc drzwiami, nie wracać, zabarykadować się w mieszkaniu, przestać gotować zupki chińskie, otwierać paczkę, pogryźć makaron, w otwartą buzię wsypać przyprawę, wlać do otwartej buzi wrzątek, ale skąd ja wezmę ci wrzątek, kiedy nasz czajnik z Tesco za 20 złotych kopnął w nasz kalendarz strażacki z gołą kobietą, który powiesiliśmy na lodówce), z książek, o których gdzieś się słyszy, a których się nie czyta, gdyż nie starcza życia, życia starcza do spania, do budzenia się po piętnastu godzinach, złożeniu się na alkohol, wypicia alkoholu, noc, kolejna noc, muszę wrócić do domu.

Niczego się nie boję. Mam pancerz. Dagmaro, boję się tego parku, którym będę wracał, boję się, że któregoś dnia zza tych poruszających się od lekkich powiewów majowego wiatru wyskoczy ktoś, kto będzie miał mniej włosów na głowie ode mnie, mniej przeczytanych książek, ktoś, kto będzie miał na koncie więcej zabitych osób i pieniędzy zarobionych ciężką (bo z metalowym nożem ze sprężynką) ręką. Boję się, więc może pójdziemy sobie stąd razem? Zostaw ich, poradzą sobie sami. Ja się boję i mogę sobie nie poradzić.

Zbudowałem sobie pancerz trwalszy niż ze spiżu. Obudowałem się w sobie, teraz mnie już nie ma, tylko u dołu wycieka rynsztok z ogórkowej zupki chińskiej. Mama zakazała jeść mi tej mortadeli, tata nakazał mi chodzić na wszytskie zajęcia i uczyć się języków obcych. Jednak pancerz nie pozwala mi uwierzyć im na słowo. Nawet jeśli słowo jest słowem w obcym języku. Pancerz na tak wiele mi nie pozwala. W pancerzu nie potrafię dojść do siebie. Ja jestem jak ten Bambus z polskiego filmu, którego wsadzić w foliowy worek tylko i kopać, do krwi kopać, na lektoraty gonić, do nauki zmuszać. Ja jestem taki G I Joe. Łysa Demi Moore cała w błocie na dancingu u DJ’a Adamusa. Mam stalowy pancerz, którego możecie mi zazdrościć. I niczego innego.

Teraz mógłbym ci zaśpiewać piosenkę Perfectu, ale nawet tego nie mogę ci dać, bo skończyła mi się taśma. Nagraj mnie na video, pokaż swojej mamie jaki jestem śmieszny i zabawny, jaki jestem ach i och, jaki ą i ę. Do Japończyka wyciągam rękę. Daj mi jena, ty skurwysynu. Japończyk robi mi zdjęcie. Oni w Japonii nie mają takich idiotów. Nigdzie takich nie mają. Są plany, by dać mnie do folderów turystycznych reklamujących Polskę na arenie międzynarodowej na następny rok. Czuję, że niedługo znów wystąpię w telewizji. Będę machał rączką. Może pozdrowię kobietę, którą poznałem w sierpniu, a która uznała, że jestem do dupy. Jak ten nasz papier toaletowy, co nam tak ucieka. Och, jak on nas trwoży i zniewala, ten papier. Och, jak one nas trawią i połykają bez przeżucia, te kobiety życia, po których zostają blizny i sterta listów bez wartości, za to z kłamstwami.

Więc pancerz, nic poza pancerzem. I rynsztok, nic poza rynsztokiem z ogórkową chinską. Skrupulatniejszy agent FBI wkłada do torebeczki laboratoryjnej małą próbkę, ale nawet w niej jakaś sentymentalna łezka, co jest nutką, że niby jakaś stara piosenka, żłoty przebój, Perfect, ech, hihi, więc zupka chińska z łezką, co się kręci w niej jak plemnik, co zapomniec nie pozwala, słów piosenki, smaku zupki, smaku kobiety, słów kobiety, łezka i zupka, szkiełko okularów i łezka pod szkiełkiem, rynsztok, Kraków, Rynek, gołębie kupy, zdjęcia japońskim aparatem cyfrowym. Zapukaj do mojego pancerzyku, może mrugnę ci okiem, gdy wyschnie. Jeśli już znalazłaś odpowiedź na pytanie, dlaczego jestem jak papier toaletowy, napisz do pani piszącej scenariusz „M jak miłość”, ona będzie wiedziała, co z tym zrobić.

Jeśli przychodzisz z wódką, puknij dwa razy. Otworzę na pewno.

Bo chciałem im wszystkim wpierdolić już kilka tygodni temu. Chcę w tym momencie użyć w chuj brzydkich słów. Będę opisywał zdarzenia minionego dnia i minionej nocy. Będę jedynym kronikarzem zajść majowych. Nikt prócz mnie nie wyszedł stąd żywy. Zapierdoliłem wszystkich. Nie miało być tak źle, było dobrze, było backstreet boys śpiewane przez dag z asią w duecie, foka, który foczył, więc wyszedł.

Wbiegł Adam z nagłą potrzebą. Zapierdalał wszystkim nam, równo, jak jednemu, z bani. Z bani wypierdalał. Jednak się trzymaliśmy. Zlizywaliśmy z siebie ociekającą krew, Asia podstawiła sobie garnek, by nad ranem móc przyrządzić czarną polewkę dla pięknych chłopców o błyszczących zębach. Dagmara chciała zadzwonić do służb w momecie, gdy krew płynąca z jej skroni wpływała do jej pępka. Do jakich służb mam zadzwonić, do jakich służb mam zadzwonić, biegała po pokoju i zapytywała oszołomiona banią Adama. Adam dyszał, jego wywalony jęzor zakrywał mu całą brodę.

Wkurwiasz mnie, Adamie, powiedziałem i wybiegłem na korytarz. Nawet w korytarzu dochodził mnie chlupot krwi zlizywanej ze zmasakrowanych banią adamową ciał. Wbiegłem do pokoju: Adam, ciebie pierdolę, ale całą resztę wypierdolę przez okno! Adam wstał i zajebał mi z bani. Co, ty, kurwa, Adam, ocipiałeś, przecież mówię, że nie wiem. Chwiałem się na swych chudych nogach, Asia podbiegła ze swoim garnkiem pod moje ciało: Wiesz, Grzegorz, bo mnie już nie cieknie. Wyjebałem jej z buta, nosek mojego mokasyna zmiażdżył jej nos: O, ty chuju nędzny, myślisz, że tyle tej krwi zeżrę?! Mówiła i łzy mieszały się jej z krwią, mówiła, a jednak podstawiała pod siebie nieustannie garnek i płynęła jej krew, a była to krew czerwona, a to był jej kolor ulubiony. Foka zaczął kwiczeć, Adam nie wytrzymał, wstał, raz jeszcze zajebał mu z dyni: Nie będziesz więcej pierdolić. Foka raz jeszcze zakwiczał: Przecież nic nie mówiłem.

Maria nie mogła tego znieść, od początku masakry zasłaniała oczy, jednak jako wyborowy kronikarz po litrze wyborowej wszystko widziałem, widziałem jak krew przeciekała przez jej rozchylone palce, jak spod rozchylonych palców spozierały przestraszone oczy. Dagmara również łypnęła w jej kierunku jedynym sprawnym okiem i najprawdopodobniej przejrzała Marię spozierającą, gdyż po łypnięciu schyliła się nagle pod łożko i wyciągnęła spod niego pięćdziesięciocentymetrowy pogrzebacz ze stali. Wstała i kulejąc na jedną nogę, jako, że bania Adama oddziaływała na wszystkie członki naszych i tak nadmiernie zmaltretowanych przydługim życiem ciał, więc Dagmara wstała i kulejąc na jedną nogę dowlokła się do Marii. Wzięła duży zamach, nawet Adamowi drgnęła powieka w tym samym momencie, zamach i ciach, ciach, ciach, zrobiła trzy dziury w głowie Marii. Garnek Asi był już przy Marii. Dagmara rozchyliła wargi: Byłaś dobrą przyjaciółką, Marysiu, więc niepotrzebnie spozierałaś zza palców, przecież wszystko mogło się potoczyć inaczej, mogło być jak dawniej, przyjaciółko.

Nie, nie, nie mogę was chuje słuchać, krzyknąłem i raz jeszcze wybiegłem na korytarz. Po chwili na powrót stanąłem w drzwiach, w rękach trzymałem odpaloną piłę mechaniczą. Ważąc kolejne słowa powiedziałem: Zrobię to jak Jean Claude Van Damme po kaszubskich grzybkach halucynogennych.

*

Minęła godzina piętnasta, przeczytałem reklamy w sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej i wypiłem pozostawioną przez Fokę herbatę. Dojadłem łuskane słoneczniki, których nie udało się dojeść Dagmarze. Cyfrówką Marysii porobiłem zdjęcia tak niewinnie wyglądającym popołudniową porą ciałom. Pełen krwi garnek Asi wylałem przez okno na przechodzących harcerzy. Nikt prócz mnie nie wyszedł stąd żywy.

Inni świadkowie masakry:

1. dag
2. mar
3. foka
4. asia

Notka na Dagmarze.

Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami.
(Czesław Miłosz)

Patrzyłem się na piersi zakonnicy. Musiała dostrzec mój pożądający wzrok na jej młodych piersiach, gdyż uśmiechnęła się do mnie w momencie, gdy uniosłem głowę. Zatrzymałem się, przechodząc obok raz jeszcze spojrzała na mnie i zmieszała się z tłumem. Na Rynku znów setki turystów, moja zakonnica odchodzi w motłoch. Fu!turyści, przypomniał mi się plakat grupy Twożywo. Przebijam się przez nich, przecinam Rynek, na Wiślnej wciąż nie mogę oderwać od niej wzroku, a przecież jej już dawno nie ma. A gdybym za nią pobiegł, gdybym ją zatrzymał, gdybym schwycił jej dłoń i łapiąc oddech zaczął szeptać, że taki tłum, dużo turystów, ładna pogoda, smok wawelski, szewczyk dratewka, mieszkam na Krasińskiego, to niedaleko, chciałbym się z panią kochać w imię Boże.

Najpiękniejszy gatunek kobiet to gatunek „gdybym”. Gdybym ją zatrzymał, coś powiedział, zapytał o godzinę, skomplementował pogodę lub urodę, cóż za piękny nos, jakie pani ma usta, ta pani dolna warga, ona mnie onieśmiela po prostu, pani jeansy mi kogoś przypominają, przepraszam czy my się przypadkiem nie znamy, czy to nie z panią spałem w zeszłym tygodniu, bardzo ładny pani ma neseser, prowadzi pani swój pamiętnik, czy lubi pani koniecznie umięśnionych mężczyzn, czy anorektycy nie są w pani typie, pani tak porusza stopą, że ja panią bardzo pożądam, czy ten kapelusz kupiła pani na wyprzedaży, kiedy ostatnio rzucił panią chłopak, czy uderzyła pani kiedyś mężczyznę w twarz, czy ma pani gdzie spać, czy widziała pani kiedyś piec kaflowy bo mam taki jeden w swoim pokoju, czy nie chciałaby pani pójść ze mną na spacer, pozwoli pani, że panią odprowadzę do swojego mieszkania, to naprawdę niedaleko, pokażę pani swoją kolekcję znaczków pocztowych, mam też naczynia do pozmywania, czy nie chciałaby pani bym poczytał pani wiersze, jeśli zostanie pani na śniadanie poczytam pani Schillera w oryginale, skąd pani wie, że nie potrafię niemieckiego, narzeka pani, pani jest do mnie uprzedzona, od razu wiedziałem, ze nie lubi pani chudych mężczyzn, przepraszam, która godzina, ładna pogoda, takie chmurki, jak przed wojną, nieprawdaż?

Gdybym się do niej uśmiechnął, gdybym pomógł jej nieść ciężką torbę z zakupami, gdybym przeprowadził ją przez ulicę, podarował brakujące drobne przy kasie w hipermarkecie, zaczął rozmowę na tematy uniwersalne, o tym, że drzwi w pociągach tak ciężko się domykają, że sesja egzaminacyjna się zbliża, że bilety kolejowe takie drogie. Gdybym coś zrobił, gdybym nie poprzestał na patrzeniu się jak osioł, na wspomnieniu, że była taka dziewczyna, gdzieś, w przelocie, przejściu podziemnym, tym samym przedziale, przy tej samej kasie, na tym samym chodniku, w tym samym mieście, w tym samym miejscu. Gdybym, kurwa, gdybym coś zrobił.

I ile już tych miłości życia tak przeszło nie wiedząc o niczym, niczego nie świadome. Nie wiedziały one, ani ja, głupi, nie wiedziałem, że one wszystkie, jak jedna, każda z nich, razem i osobno, mogły być miłościami mojego życia, najdroższymi, najukochańszymi, jedynymi, na całe życie, na śmierć i życie, na dobre i na złe, na m jak miłość, na familiadę, na moją krew. A przynajmniej jedna z dziesięciu mogła nią być. A tu nic. Nawet usterki, nawet interwencji. Tylko wspomnienia, piersi zakonnicy, usta dziewczyny z kolejowego przedziału z Krakowa do Warszawy, jakaś dyndająca łydka, pośladek zakryty granatowym jeansem z przejaśnieniami, bluzka na guziczki, usta, nos, głos podający konduktorowi bilet do sprawdzenia. Gdybym, gdybym tylko tamtego lata, gdy nieznana mi dziewczyna w przewiewnej niebieskiej sukience stała na rufie, podszedł i zapytał ją na przykład:

Przepraszam, czy pani też płynie tym samym statkiem?

bardzo dobrze że tato dożywszy swoich lat
nie czuje różnicy między „soft” i „hardcore”

(Andrij Bondar)

Mama kupiła czterdziesty tom encyklopedii Jana Pawła II. Z tatą wiozłem pijanego pana Stacha do domu. Pan Stachu mówił wiele zdań, wiele zbyt złożonych, wszystkie zbyt złożone i doprawione wywarami spirytusowymi bym mógł je zrozumieć. „Ty, student”, mówił, a potem już nie rozumiałem. „Bo ty w tym Kar.. Kra..”. Nie wszystko rozumiem, proszę pana, co drugie zdanie tylko. Pan zrobi głośniej radio, bo nic nie słychać. To ładna piosenka jest, pan na pewno nie wie, pan tego nie słucha, to ładne jest. „Jakie?” Nick Cave to jest, tego nie ma nigdy w radiach, gdyby nie pan to by nic nie było. „Ty.. Student.. Prezent mam dla ciebie..” Prezent ma pan dla mnie? Niech się pan nie wygłupia.. I wyciąga do mnie wielkie łapy, bo pan Stachu ma wielkie łapy. Pan Stachu to jest moja wizualizacja Yeti, mój prywatny King Kong, przyjaciel rodziny, dwumetrowy Frankenstain, który przykręcał mi kilka miesięcy temu regały z książkami do sufitu. Trzyma coś w wielkich łapach. Co pan, panie Stachu, pan się nie wygłupia, co pan tam ma? „Bierz, student, wy studenty za dużo gadata, ale ty nie, ty jesteś student nasz” Biorę z rąk pana Stacha dwa pogniecione kawałki ciasta, makowiec i sernik. „Jedz, student, nie zawsze jest co” Student je, uśmiecha się, jest śmiesznie, śmierdzi wódką, ciasto pomięte, jestem głodny, jechałem cały dzień, to miłe, to miłe to wszystko, komórka puszcza sygnały, okruchy dnia na okularach, dłonie mają zapach Polskich Kolei Państwowych, kaszubskie polne drogi naruszają spokój w otchłaniach żołądka pana Stacha.

Rano mama pyta czy podobają mi się encykliki. Ale mamo, przecież to są tylko cztery encykliki, to jest czterdziesty tom. Po co to wszystko? O co w ogóle chodzi? „Żeby w ogóle coś było. Wstawaj, bo ludzie zaczynają już wracać z pracy”. Za oknem jest już pan Stachu i pomaga robić chodnik. Dzisiaj robimy chodnik. Tak, tak jak gospodynie domowe mówią: „Dzisiaj zrobię chłodnik”, tak i mój tata nie mogąc znieść wszędobylstwa i wszechogarniającej dominacji gospodyń domowych wstaje po prostu o świcie i mówi: „Dzisiaj robimy chodnik”. Więc robimy chodnik, w ręku trzymam wąż i leję wodę na piasek. „Przydałby się strażacki, nie, student?” Przydałby się, na pewno, tyle rzeczy by się przydało. Ciekawe czy pamięta jak wczoraj nie mógł mówić, jak opowiadając dowcipy zapominał o pointach, jak nieświadomie naśladując gest papieża zaczął machać w powietrzu uniesioną lewą dłonią, prawą pukając jednocześnie w dach samochodu. „Co? Co?” pytał gorączkowo tata, „Zatrzymać?” „Jo!” ostatkiem sił wydarł się pan Stachu i wybiegł w noc, wybiegł zarzygać piękną ciszę kaszubskiej nocy, jakiś ciemny kawałek kaszubskiego pola. A jedną ręką niczym prowincjonalny Atlas po litrze na łeb podtrzymywał się naszego Golfa, który trząsł się z każdym zaciśnięciem i rozluźnieniem w trzewiach pana Stacha. Nasz Golf na gigantycznych resorach. Nasz pan Stachu z gigantycznymi łapami. Tak, to już blisko, coraz bliżej domu, pan się nie martwi, dojedziemy, tata jest dobrym kierowcą, ten samochód jest starszy ode mnie, gdyby nie tata trzęsłoby jeszcze bardziej. Z tatą trzęsie mniej.


  • RSS