wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Nasze gazety wychodzą razem z nami,
nasze sny prowadzą cierpliwy dialog z barmanem.
„Jesteśmy szczęśliwi, choć o tym nie wiemy”.
Napisz to zdanie w czasie przyszłym

(Tomasz Majeran)

Pani się pyta, pan się pyta, dziewczyna z smsa również. I ten, który podaje mi obwarzanka z łysą głową. I koleżanka, która dawno mnie nie widziała, bo przecież śpię w porze zajęć. Jeszcze tata, gdy przyjechał na chwilę, bym go poczęstował kawą i dał śpiwór do zabrania i skarpetki z owczej wełny. Przy piwie też się pytają, przy przejściu dla pieszych, przy czynnościach wykonywanych w snach. „Co u ciebie słychać? Jak życie, Grzesiu?”

O trzeciej w nocy wracam do domu, więc wcale nie jest łatwo. Przecież biją, tłuką okulary i manifestują swój sprzeciw przeciwko pojednaniu. Mamy nowego papieża, ten już nie jest kibicem Cracovii. Więc wcale nie jest łatwo – wpadam na pomysł, by ujarzmić swój strach przed śmiercią na chodniku wstąpieniem do Oczka. Z dużą paczką cebulowo-pieprzowych czipsów nie boję się śmierci tak bardzo jak przed momentem. Nucę sobie szlagiery z radia Złote Przeboje Wanda. Teksty piosenek z lat 70. i 80. deformują mój nieukształtowany przecież kręgosłup ideologiczny. A jeśli przechodząc obok nich zapytają za kim jestem? Co będzie, jeśli w momencie krytycznym, nie będę potrafił przypomnieć sobie właściwych odpowiedzi? A jeśli to będą naprawdę prymitywni kibice i zapytają kim jestem? Jak się czuję? Co u mnie słychać? Jak życie, Grzesiu?

Szorując zęby, mówię: „Ja pierdolę”. Płucząc usta, mówię: „Ja pierdolę”. Oglądając pod światłem prawą stopę, nie zmieniam statusu na dzień dzisiejszy. W łazience też jestem sfrustrowany i samotny. W przedpokoju. W kuchni. Przed drzwiami mieszkania, nie mogąc znaleźć klucza. Kładąc się do łóżka, prowizorycznie modlę się: „Boże, żebym rano nie zaczął od brzydkich słów”. Nie, wcale tak się nie modlę. Czasami gadam przez sen z kimś, kogo szczerzy chrześcijanie nazywają swoim Panem. Zauważyłem że w tych rozmowach również klnę jak sam skurwysyn. Powiedziałem do niego raz w ramach usprawiedliwienia, że przecież jeśli jesteś to i tak wiesz, że klnę jak chuj i nie ma sensu zmieniać poetyki przekazu. Czy Bóg wymaga ode mnie homeryckich porównań, synekdoch i metonimii?

Dziewczyna, która nie istnieje naprawdę, a którą sobie przyśniłem chichotała przez cały sen. Nie musiałem do niej niczego mówić. Inne sny nie prezentują ciekawszych treści. Najciekawsze są więc te niezapamiętane i pominięte przy pokazywaniu wizytówek w bramach percepcji. Bo na przykład siedzę w barze z piłkarzem, który ma łydki w murawie. Piłkarz ma katar, ja szklankę z wódką, której wcale nie chcę pić, bo przecież wrzody. Katar jest duży i wyraźny. Więc on smarcze sposobem pikarskim przytykając jedną dziurkę palcem. I smarcze mi prosto do szklanki a ja palcem bawię się tym, co już pływa w mojej szklance. Następnie wypijam. Bo na przykład śni mi się sen mojego kolegi, który jemu przyśnił się dawno temu, a mnie w nowych okolicznościach. Zaprosiłem do siebie papieża na herbatę i posadziłem na krześle. Z kuchni krzyczę do Wojtyły: „Ile papież by chciał cukru?!” ale nie słyszę odpowiedzi. Wołam jeszcze raz: „Ile cukru?!” Nic. Wychodzę z kuchni. Ciało papieża przechylone na krześle, głowa na ramieniu, rozchylone wargi, półprzymknięte usta. Przerażony szarpię papieża za ramię, „Ojcze! Ojcze!”, krzyczę, kurwa, przecież umarł u mnie papież, „Ojcze! Ojcze!”. Papież otwiera oczy, uśmiecha się szeroko i pokazując na mnie palcem krzyczy ze łzami w oczach: „Haha! Ale się dałeś nabrać!”. Bo śni mi się jeszcze dziewczyna, która istnieje naprawdę i jest mi z nią dobrze, ale to sen przecież, przecież nieprawda. Bo w śnie piszemy do siebie smsy, ja jej piszę ładne smsy, ona mi pisze ładne smsy i nawet smsami jest nam dobrze.

I inne brzydkie sny, które coraz częściej muszę weryfikować porannymi smsami na jawie. Poranną fasolką po bretońsku ze słoika. Poranną zabawą gumką od pidżamy, która wyszła ze swojego koryta i o tak wczesnej porze ani śmie wracać na swoje miejsce. Poranną lekturą dobrych wierszy.

Wczoraj czytałem na głos wiersze Serhija Żadana. To dobre wiersze. Bardzo dobre. Tak dobre, że w pewnym momencie pomyślałem sobie nawet, że kiedyś wam jeszcze, kurwa, odpowiem. Jeszcze wam wszystkim odpowiem, że jest mi zajebiście i pięknie w życiu. W międzyczasie zjem surowe parówki, zgolę trzydniowy zarost i wyczyszczę skrzynkę z wysłanymi wiadomościami. Zasnę, zapomnę.

LX. Etiuda

1 komentarz

opowieść zaczyna się w nędznym pokoju, tak oczywista, jak gdyby nie była typowa, co myślę na temat kokainy, seksu i kokainy, nie znam ani tego, ani tego i zupełnie nie znam takiej kombinacji, śmieje się, spoglądam na nią groźnie, a ona odgarnia mi kosmyk włosów z czoła, wyciągam rękę, wciskam kciuk w zagłębienie z tyłu jej kolana, chcę znaleźć granicę bólu, jej twarz jest nieporuszona, zwalniam ucisk, przesuwam rękę wzdłuż uda, nosi podwiązki, gdy ich dotykam, czujemy to samo, nie mogę oprzeć się pokusie, zamawiam whisky i piwo, tygrysy rzucają się na kobietę, czekamy na bezkształtną żmiję innej namiętności, pije bez oporu, nie mogę przecież pogrzebać moich marzeń, musisz przyjąć wyzwanie, boję się cąłej tej historii, to zrozumiałe, dostajesz coś, na co tak czekałeś i natychmiast masz dosyć, przerywam eksperyment, stawiam niewłaściwe pytania, madame zakłopotana wpatruje się w blat stołu, myślę o niej używając zdrobnień, bardzo poważnie, podstawka od piwa spada na podłogę, w momencie gdy kelnerka stawia nowe szklanki, całe życie wypchane obrzydliwym farszem, streszczenia snów, natężenie światła, pory roku, ilość córek, filozoficzne rozważania o nowej muzyce, nazwa statku, przestarzałe plany, temperatura wody, następstwo akordów, kanibalizm, Strawiński, ten ostatni przynajmniej nie nudzi, nie mam nic przeciw temu, nie zamierzam jednak dzielić jej uprzedzeń, mogłaby mnie pożreć, schylam się pod stół, obcy świat, kobieta rzuca się na tygrysy, porządek, projekty ładu, którym świat nie sprosta, powoli rozchyla nogi, gładzi się dłońmi po udach, nikt by tego nie zniósł, wynurzam się pod stołu, zapominam o podstawce, na starość zajmę się malarstwem, znudzone kelnerki nie spuszczają z nas wzroku, ciekawe pewnie po co tak nurkuję, madame wsuwa dłoń między moje uda, robi nadąsaną minę, może dotykamy tu kwestii okiełznania ognia, nie utrzymałbym płomienia w suszy, wilgoci i zimnie, otwiera rozporek, dzieła reagują na bezpośrednie cierpienie z powodu dialektycznego przymusu, sami sobie zgotowaliśmy ten los, jestem tego pewien, bardziej niż kiedykolwiek, wkładam rękę w jej majtki, na początku nie było niczego, przerażający Chaos nei do ogarnięcia, w którym siły ładu wyrąbują drogę, chcąc nei chcąc jesteśmy ich częścią, powiększamy stawkę, płomienie strzelają z krokwi, nikt tego nie zagra, prócz tych, którzy grają, pstrągi gryzą, bez pytań spełniamy to, przed czym nie ma ucieczki, chcąc uciec od tego, co tutaj nie daje się spełnić, kelnerka sprząta stół, bierze mnie w ramiona, milczy, tracę zmysły, a ona przyjmuje zamówienie, w życiu nie potrzeba zbyt wiele fantazji, mówię, kiedy odchodzi, pędzimy do samochodu, poddaję się biegowi zdarzeń, przeznaczeniu, domagamy się uznania naszych ludzkich praw, zdzieramy z siebie ubrania, po krótkich poszukiwaniu mój palec ląduje w jej kroczu, prawo pobytu w jej kraju, wdzieram si w nią, rytm jest rytmem bioder, drobne stopy wsparte o dach auta, biję ją, okładam jej boki, rytm jest rytmem uderzeń

/Marcus Braun/

[notka usunięta]


  • RSS