wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

// Spierdalać. Nieczynne. Do odwołania //

Z jednej strony nie mówi się tu nic, z drugiej – mówi się za dużo (…) z pewnością coś łączy miłość z moim językiem (który ją podtrzymuje), lecz miłość nie może się rozgościć w moim pisaniu.”
Roland Barthes

Jasne, Radku, że cierpienie z miłości jest jednym z najbardziej powszechnych, niemal banalnych zdarzeń. Ale ja nigdzie, nigdy, w żadnym miejscu nie negowałem tej banalności, a dalej – sentymentalności, kiczu, przewidywalności, schematyczności, pompatyczności, idiotyczności wręcz, powszedniości i powszechności tego uczucia. Przecież gdzieś zapisałem i nie mam nawet pewności czy to moje słowa czy jak często bywa gdzieś kiedyś wyczytane, usłyszane i po prostu powtórzone, że miłość banalizuje i nie chodzi tutaj tylko o pisanie czy mówienie o miłości, o uczuciach, o kobiecie życia, ale banalizuje wzdłuż i wszerz, banalizuje uniwersalnie i doszczętnie, banalizuje mnie – „głównego bohatera płci męskiej tej historii”, banalizuje Magę, banalizuje także osoby tutaj się udzielające. Ja się czuję banalny do cna, zbanalizowany, jestem przez tę miłość jeszcze bardziej banalny niż byłem banalny wcześniej, jak kanapki w maku, jak watykańskie chorągiewki na homilii ojca świętego. Wielki Banał, jak mówi Maga. Ale nawet poczucie, świadomość tego wszechogarniającego banału niczego nie zmienia, nie ma żadnego wpływu. Owszem, jest ta miłość jak i każda inna uczuciem banalnym, ale cóż z tego? Co to zmienia? Przyjmuję do wiadomości, w pełni się zgadzam. I kocham dalej tak samo mocno jeśli nie bardziej. A więc może chodzi o rozpisywanie tego uczucia na notki na blogu a ostatnio przede wszystkim na komentarze pod notkami, o rozdrabnianie tego wszystkiego, które jakoby miałoby to uczucie uszlachetniać, „wznosić ku wyżynom Boga najwyższego”;)? Jeśli chodzi o to, to – wybaczcie najmocniej – ale to już jak najbardziej tylko i wyłącznie moja sprawa i to, że ja np. na przekór wszystkim definicjom miłości, które nie wiem jak bardzo podkreślałyby powszechność i banalność mojego uczucia, to pomimo tego i tak np. na blogu w notkach uważam inaczej i piszę wielkimi słowami o wzniosłości uczucia, o swoistym stanie błogosławionym [staram się być, jak piszesz Radku, obiektywny, patrzeć z dystansu], który tyle mi cierpień przysparza i męk wszelakich, jebie mnie po prostu w dzień i w nocy, w zasypianiu czasami przeszkadza a i budzenie czyni mniej miłym niż niemiłe już ze swej natury przecież jest. To już chyba kwestia podejścia. Z dystansu – owszem, banał i powszechność; patrząc jednak moim okiem (i, jak się domyślam, Magi również) – niekoniecznie tylko banał i powszechność. A na twoje porównanie Magi (jeśli dobrze rozumiem) do głuchego drewna, w które to ja (dzięcioł?) stukam nie uzyskując odpowiedzi nie odpowiem tobie, gdyż, może tutaj racja po twojej stronie, ale ja wciąż wierzę, że jednak.

Scatter, to że miłość jest dla mnie priorytetem, dokończę ci, to najpewniej moja głupota, mój błąd, moje nieprzystosowanie do świata, mój „stan nieprzysiadalny, spierdalać”. Bo miłość jako priorytet? Najpewniej odeszło to do lamusa jakoś z Mickiewiczem a i co do tych panów w kapelusikach pewności żadnej, bo, jak mawiał mój kolega z liceum, Mickiewicz był komercyjny i wszystko robił dla kasy i żeby zarywać dupy [tutaj ciekawy problem do zbadania – czy owe dupy dawały się zarywać romantykom z powodu ich romantyczności czy raczej dla tego, że na romantyczności tej zarabiali czasami wcale nie niemałe pieniądze?] Miłość jako priorytet – toż to nawet i śmiesznie i niemądrze zarazem brzmi. Nie dla mnie, niestety. I nie, że mówię tak bo sobie mylę w tej chwili – no laskom się taka postawa spodoba, będę ostatni mohikanin i ostatni żywy romantyk w jednym. Ja sobie myślę w tej chwili – że ja ostatni taki debil jestem. Miejmy nadzieję, że ostatni. Gdyby Darwin zajmował się służbami bezpieczeństwa w tym kraju już dawno Polska poobklejana byłaby listami gończymi: „Poszukiwany: martwy lub nieżywy”. Będzie takie malutkie, niewyszukane porównanie z życia – w piątek (4 lutego) rano były wyniki z egzaminu z literatury, dostałem 5. Sprawdziłem ocenę w indeksie i pomyślałem sobie tylko, że fajnie, że nieźle. Żadnego entuzjazmu, za godzinę miałem spotkanie z Magą, kolejne z cyklu bardzo ważnych spotkań z Magą… Podobnie z tsunami, samochadami-pułapkami, autobusami z ofiarami w dzieciach. Paradoksalnie miłość stępia wrażliwość, tę obiektywną, tę ogólnoświatową. Taką do pokazania w wieczornych wiadomościach. A żeby odebrano mi prawo do bycia smutnym to ty nawet, Scatter, nie wiesz jak ja bym bardzo chciał. To do przyjemności mojego życia niestety nie należy, a gdyby należało, to bym był szczęśliwy w tych czasach prawie że nieustannie.

Ale ja i tak wciąż narzekam, Cyprianie, więc nic się nie martw o deficyt ludzi, tematów i rzeczy, na które ja miałbym psioczyć i narzekać. Ty wiesz, że ja się czasami bawię w małego pana Gombrowicza co to by z rozkoszą dał po pysku i Dantemu i Szekspirowi a i Szymborską przy okazji bym czapnął chociaż dama. Więc bycie z Magą zaowocować mogłoby jedynie zaprzestaniem pisania bloga, co raczej większą stratą dla ogółu ludzkości by nie było.

Widzisz, Radku, bo to, że ja się często z tobą zgadzam świadczy tylko na twoją korzyść a na moją niedojrzałość. To że, jak to określasz, jak idiota szaleję nieustannie na ślizgawce emocji to właśnie świadczyć może o mojej niedojrzałości. I nawet jeśli ja określę to uczuciami, ty odpowiadasz mi od razu, że któż zdoła odróżnić (a może oddzielić?) uczucia od emocji? Nie wiem czy rzeczywiście tak trudno jest jedno od drugiego oddzielić, ale wydaje mi się, że uczucie jest swoistym (zdecydowanie przesadzonym, to racja;) nagromadzeniem emocji, a w drugą stronę emocje są swego rodzaju jednostkami uczucia. Nie będę się zagłębiał w jakieś mętne rozważania pseudoteoretyczne, bo ani ku temu kompetencji ani nadzwyczajnego doświadczenia nie mam. Mimo wszystko trudno mi sobie wyobrazić życie bez kierowania się emocjami, życie bez owej ślizgawki, na której owszem, i wypierdolić się można ślicznie i twarzyczkę rozbić, ale przy dobrym wietrze i ślicznej łyżwie piruecika można nienagannego strzelić również. Moje ślepe krążenie po ślizgawce stąd właśnie – ja za piruetem gonię, nie za rozbiciem pyska, Radku. Wszystko zależy od wyciągniętej (lub nie) w moim kierunku dłoni ślicznej łyżwiarki, bo to łyżwiarstwo w parach jest. Z głośników klasyka (literatury), na trybunach jurorzy (oby tylko nie okazali się oni czytelnikami bloga). Może nie trza było włazić na lód bo kruchy a ratowników na horyzoncie brak, ale kto by nie wszedł widząc z brzegu jak na lodzie porusza się ślicznie moja śliczna? Uśmiecham się sam do siebie z rozbudowania tego twojego porównania, bo najpewniej wykręciłem kota ogonem. Ale chodzi tylko o łyżwiarkę.

Czy ktoś widzi, pytasz, strzeliste i jasne zakończenie tej historii? Czy jest coś za jej kontynuowaniem? Czy rzeczywiście będzie rżnięcie burt? Może ja jestem pojebany, ale gdybym wciąż nie wierzył w to jasne i strzeliste wykończenie będące nowym początkiem to nie pisałbym teraz tych słów. I najpewniej ja jeden tak sądzę. Jeden, ale wciąż z wiarą, że jest jedna osoba, która sądzi tak samo, ta jedna, na której zdaniu w tej kwestii tak bardzo mi zależy.

Nie wydaje mi się, by dobre pisanie nie musiało zawierać emocji lub co najmniej że emocje nie brały udziału w dobrego pisania tworzeniu. W każdym razie nie potrafię sobie wynaleźć żadnego dziełka z emocji wyzutego. Na książkach historycznych to się nie znam, ale i tutaj bym się zgodzić nie mógł. Bo te emocje zawsze są, bardziej lub mniej zakryte i okazane na kartach książki, podręcznika.

Poza tym nie będę się z tobą, Radku, sprzeczał czy działam tylko pod wpływem emocji czy uczuć raczej. Bo niby jak? Ja ci powiem, że uczucia, a ty mi, że nie, że emocje?

Pstro, pierdol estetykę językową;)

Radku, dalej współczujesz Scatter, jeśli nie odróżnia ona emocji od uczuć, a sam wcześniej pisałeś, że kto to jest w stanie odróżnić jedno od drugiego. Coś się mi tutaj nie zgadza. Może się mylę. I nie tyle chodzi tu mi (czy Scatter) o odrzucenie racjonalnego namysłu nad światem, co o to, że jednak emocje, uczucia, wnętrze są priorytetowe i nad owym namysłem racjonalnym przeważają, zarządzają nim, co, owszem, tu znowu zgoda, często kończy się i kończyć się będzie nie raz może i nie dwa „przypierdoleniem głową w mur”. I ja twoją modlitwę przyjąć mogę, może to coś zmieni, może się przyda, jak najbardziej. Tylko nie wiem czy mnie również możesz współczuć nierozróżniania pojęć. Trzeba by zrobić jakiś mały teścik co by sprawdził umiejętność odróżnienia uczuć od emocji. Wyniki opublikować w prasie specjalistycznej. A powiedz ty mi Radku, co za różnica że dla jednego jedno jest emocjami, a drugi to samo już np. może nazwać uczuciem? Albo powiedz mi kto też tak namiętnie i zupełnie i zawsze kieruje się racjonalnym namysłem nad światem? Albo dobra, załóżmy że są tacy ludzie i że stanowią oni nawet większość, ale czy oni nie biją nigdy głową w mur? A że biją trochę rzadziej… Cóż… znowuż moja głupota.

Scatter, dobrze powiedziane z tym, że przypierdalasz dzięki tym co się racjonalnym namysłem kierują! Przypomina mi się jak kiedyś Maga zaczęła do mnie słowami: „Przemyślałam to wszystko racjonalnie”. Od takiego racjonalnego myślenia wyrastają mury, których by nie było, można by biegać po ulicach nawet z głową przy kolanach bez strachu, że za moment przed nami mur wyrośnie czy inny syf. Więc właśnie dlatego zasługuję na jeszcze większe współczucie, Radku?

Więc idealizm jest godny współczucia? Marzyciele, niespełnieni kochankowie, idealiści, optymiści i wielu jeszcze – wszyscy wymagają współczucia?

N., po prostu profanacja! Bez szans na jakiekolwiek spotkania ze mną choćbyś nie wiem jak smaczną herbatką mnie zachęcała i jak pyszne ciasto wyszłoby spod rąk twojej mamusi. Pewnych rzeczy nawet kobietom się nie wybacza.

Pstro, ty mnie po nazwisku do tablicy nie wywołuj bo kredą w czoło rzucę i będziesz miała blizny po Grzesiu;).

A nowej notki jak nie było tak i jij ni ma! I nie wiem kiedy będzie.

Ja jestem zjebany typ człowieka. Jakiś Homo Amorus czy coś w podobnie złym guście, wszystko utrzymane w poetyce kiczu i lukru z czerwonymi poduszkami w kształcie serca i czytaniem wierszy z odmienianym przez wszystkie przypadki słowem „miłość” w roli głównej.

Bo pomyśl sobie, że mnie jest źle z miłością, że mnie się od niej pryszcze robią na twarzy, że mi się przez nią jajka przyklejają do patelni, ubrania nie chcą prasować, a włosy uczesać klasycznie. Że przez nią spóźniam się na zajęcia, przewracam na chodnikach, przeglądam w wystawach sklepowych, wrzucam proszek do prania do bębna, a nie do przeznaczonej do tego szufladki. Pomyśl sobie, że miłość robi mi źle, że blady od miłości jestem, odzywają się we mnie stare plomby i otwierają blizny porobione we wczesnym dzieciństwie, kiedy całymi dniami biegałem po rowach i krzakach przy Centrali Nasiennej i strzelałem do niewidzialnych wrogów kawałkiem nadłamanego drzewa, a potem zmęczony wracałem do domu, cały byłem od potu, cały byłem potem, wchodziłem do wanny i wypijałem kilka szklanek mleka, kompotu z piwnicy lub po prostu wody z kranu. Zasypiałem szybko, nie myślałem o Magdzie, nie śniłem jej zielonych oczu uśmiechających się do mnie, nie dotykałem w snach jej wypełnionych pożądaniem piersi, nie zbliżałem do nich swojego języka, nie budziłem się zlany deszczem pożądania. Budziłem się, ubierałem krótkie galoty i szukałem nowego kija z pełną amunicją, zwoływałem dzieciaki sąsiadów, najczęściej sami byliśmy zwołani już od świtu i niczym Linda w Demonach wojny mówiłem – To jest wojna, panowie, a Natalia uśmiechała się do mnie różowymi, niedojrzałymi, niepełnymi wciąż ustami. Wieczorami graliśmy w piłkę, dziewczyny zawsze na obronie, ja z braćmi na ataku, komary gryzły coraz dotkliwiej, kończyliśmy grać, gdy nie było widać piłki, gdy wyleciała gdzieś za boisko i nie można jej było znaleźć, dopiero rano jeden lub jedna z nas wynajdywała ją w wysokiej trawie. Co jakiś czas biegło się na piętro, wypić coś w kuchni, gdzie mama nad garnkiem, mama nad drutami, mama nad krzyżówką w „Przyjaciółce”. Czasami mama wykorzystywała tę naszą chwilę pragnienia i kazała zbiec do piwnicy i przynieść bulew na obiad, wynieść zlewki kotom, wytrzepać dywan z sieni. Wszystko bez udziału Magi, bez-troskie, bez znajomości słów takich jak odpowiedzialność, zaufanie, namiętność, pożądanie, bez stabilności i bezpieczeństwa na pewno. Jedynie pragnienie, jak mówiłem, w przerwie meczu, ten kompot, ta woda, to mleko.

Ja jestem zjebany typ człowieka. Mnie nie zależy w życiu na niczym innym prócz miłości, mnie miłość do życia wystarcza, mnie do życia nawet życie nie jest potrzebne. Kochać się i umrzeć. Królestwo za miłość. Biblioteka z moimi książkami za dreszcze rozkoszy na jej ciele. Wszystkie archiwalne numery „Machiny” za wspólne życie wieczne. Gratis dodatki ekonomiczne z Rzeczpospolitej, różnokolorowe karteczki do segregatorów, moje obramowane zdjęcie z ósmej klasy, gdzie krótkowłosy jestem i w bluzie Diesla podrabianej, karton wycinków z Bravo i Bravo!Girl, znaleziony kilka lat temu w szafie taty numer Playboya z Korą, rosyjskie słuchawki z ruchomymi usznikami, zeszycik z Kermitem na kłódkę, pierwszych trzydzieści kilka numerów Świata Wiedzy, obrazki religijne, które kiedyś tak namiętnie kolekcjonowałem. I jeszcze dodam, jeszcze dorzucę, jeszcze się mogę potargować o tę miłość, zawalczyć o upust, pokłócić się o tę promocję, dopytać o termin ważności. Byle tylko nie usłyszeć nigdy więcej: Grzegorz, ja cię nie kocham. Grzegorz, nie zmuszaj mnie do tego, bym wzięła ci tę rękę. Grzegorz, przestań, proszę cię.

Grzegorz ma chorobę psychiczną, co się miłość nazywa, Grzegorz zniewolony miłością jest niczym kaftanem bezpieczeństwa, Grzegorz nawet gdyby chciał nie potrafi już się z niego wyzwolić. Bo ja jestem zjebany typ człowieka – żyjący w XXI wieku model z kurzem na czubku głowy. Rzuciłbym wszystko, gdyby chciała rzucać się w moje ramiona. Rzucić studia, walić sesję, opuścić Kraków, dzielić swój pokój z inną osobą, chociaż samotność czasami tak potrzebna. Może nawet oduczyłbym się wierzgania w łóżku, obracania się milion razy na wszystkie strony, wynajdywania najwygodniejszej pozycji. Może byłoby mi po prostu dobrze tak jakby było, jak być powinno. Za jedną, niematerialną miłość jestem gotów dać tyle, co niektórzy za nowy model BMV, za zajebiste ksenonki, za życie w luksusie, za zdrowie i długowieczność. Wszystko. I na nic innego sił nie starcza.

Słucham Czyżykiewicza i U2 od Ciebie, robię sobie nieustanne, wciąż nowe slajd-szoły z twoimi zdjęciami, czytam wciąż na nowo twój list pisany późną nocą, zastanawiam się dlaczego mu powiedziałaś, kiedy nie miałaś nic mówić, kiedy była niepisana umowa i ja również nic albo prawie nic na ten temat nie wspominałem. Powiększam lupą twoje zdjęcia, ciebie na trawie w pozie jak do obrazu, jak rzeźba, coraz bardziej zbliżam do siebie twoje ramię, ciebie na zdjęciu z obozu z 2003 roku – coraz większe masz te rozchylony usta, te żyły wszystkie na szyi, ciebie siedzącą w czerwonej sukience na Mickiewiczu – coraz bliżej mnie twoje nagie nogi, oczy skryte za okularami słonecznymi. Klikam lupą denerwując się tylko co jakiś czas, że już bardziej powiększyć nie można, a przecież i tak już niczego nie widać, pikseloza ponad wszystko. Katuję się tobą, dorzucam do przepastnej Doliny Tęsknoty (sic!) kolejne wspomnienia, pamiątki, fotografie, płyty z muzyką i kalendarze z zapachem, karmię wciąż głodną samotność i namiętność. Wiarę, nadzieję, miłość. I patrzę jak wszystko zalewa i patos i banał coraz bardziej, coraz mocniej.

Być może, gdybym potrafił, oddałbym ci twoje dawne życie, które może nie byłoby wspaniałe zawsze i wszędzie, ale z całą pewnością byłoby łatwiejsze od tego, czym żyjemy teraz. Być może, gdybym potrafił, zrezygnowałbym z tego, oduczyłbym się kochania i tęsknienia, pożądania i marzenia. Bo może to i pięknie wszystko brzmi, może przypadkowy czytelnik przepisze kilka zdań do jakiegoś pożółkłego sztambucha, co w innych okolicznościach przyrody najpewniej bardzo by mnie ucieszyło. Jednak wcale nie jest prawdziwą rozkoszą czerpać przyjemność z wpatrywania się w pieprzyk na jej plecach z świdrującą wnętrze serca świadomością, że nie będzie można go już nigdy dotknąć, słuchanie piosenek dla przewrażliwionych pojebów ze świadomością, że już nigdy z nią nie będzie można zatańczyć, wwąchiwanie się w pachnący jej perfumami kalendarz na rozpoczynający się właśnie rok ze świadomością, że być może nie będzie można czuć jej naprawdę, uśmiechanie się do jej wełnianego czepka ze zdjęcia zrobionego w górach we wrześniu minionego już roku ze świadomością, że ręka fotografa wcale nie była moją ręką.

Wcale nie jest łatwo.

I nie podsumuję roku, bo rok się jeszcze nie zakończył. Mój właściwy rok się jeszcze nawet nie rozpoczął. Będę tylko postanawiał. Mogę tylko stwierdzić, że w tym roku również cię kocham. Że chciałbym się chociaż troszkę wyleczyć ze swego przewrażliwionego chłopięctwa. Że chciałbym byś była również najpiękniejszymi dniami z tych nadchodzących trzystu sześćdziesięciu pięciu. Byś uwierzyła w udzieloną mi na te składane po pierwszej w noc sylwestrową życzenia, gdy nie mogłem się do ciebie przez ponad godzinę dodzwonić, byś naprawdę uwierzyła w to, że też byś chciała tak bardzo jak ja. By wreszcie było łatwo, byśmy razem poszli na łatwiznę. Nawet jeśli czasami będzie ona utożsamiana z bielą wymiętego prześcieradła, innym razem z transcendencją i metafizyką, a odkurzaniem pokoju i zmywaniem naczyń jeszcze innym.

Jeszcze w nią nie wszedł już nie ma jak wrócić

Ze świata jawnie wyświecony [...]

Kobieta nie wie, na co jeszcze czeka.

On słyszy: skoblem mrozu zima szczęka.

Za sienią ciała tamtej w pobielone

świeżo dla gościa

prosi pokoje.

Kobieta mówi, że nie ma wyboru

Ale on jeszcze wciąż odwraca głowę.

Lecz nagle – śmierć już całą w sobie przeżył –

wpada. Nie widać

mu nawet pięty.


  • RSS