wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

Kocham Cię

Lidka przestaje pamiętać. Niebieskie róże jej oczu
owija celofan snu. Myśli przez kilkanaście godzin
nie będą jej potrzebne. Dobrze być śpiącym dziewczęciem.
Nieużywanym instrumentem, narzędziem zostawionym w szopie.

Dobrze też jest dawać dzwięk, być narzędziem w ruchu,
strugiem o ostrej wardze, gdy strzela jęzorem wióra wywiniętym jak wiolinowy klucz
lub zimnym mieczem przyłożonym tarczy szlifierskiej do czoła.
Wieczór jest jednak porą, gdy lepiej nie ruszać niczego.

Butów, choć lewy jest z prawej a prawy udaje lewy.
Ani naczyń – umiarkowany nieład jest nawet miły oku.
Niech będzie cisza twarda jak dębowe drewno,
jak grobowa deska, do której przysięga się Miłość.

Chodzę po pustym pokoju i nie potrafię nic zrobić. Słucham smutnych piosenek Gipsy Kings, których to piosenek jeszcze przed sierpniem tak bardzo nie lubiłem, takie mi się wydawały pretensjonalne i jakieś nieprzyjemnie folklorystyczne, wiejskie. Teraz słucham i przypominam sobie jak przyklejony do niej swoim ciałem po raz pierwszy zacząłem leczyć jej pokrzywdzone zdenerwowaniem wargi. Zamykam oczy. Nie pamiętam już tak wielu rzeczy, nie pamiętam zapachów, konkretnych odczuć, miękkości (miękiszu?;) jej warg, tego jak zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej, coraz szybciej. Pozostaje ogólne wrażenie. Jak z tymi piosenkami.

Nawet nie wiem jakie piosenki leciały wtedy, tego pierwszego wieczoru w KD. Zapamiętałem, że Gipsy Kings, że tańczyliśmy, coraz bliżej, coraz bardziej niebezpiecznie, coraz mniej estetycznie dla stróżów moralności. Ciało przy ciele, moje dłonie wędrujące, jej dłonie nie pozostawione samym sobie, jej przymykające się co jakiś czas powieki, kropelki potu na moim czole, kropelki, których najpewniej nie było widać, taki rodzaj potu wewnętrznego, może to kąsanie sumienia, może skraplanie się pożądania. Moje usta przy zakończeniach jej włosów, przy jej czole, jej zapach, jej poruszające się uda, pląsające ciało, zapomnieni w tańcu, zapomnieni przez świat, dla świata nieobecni, świat przestał się nagle nami zajmować, co wcale nam nie przeszkadzało, gdyż pozwoliło nam zająć się samymi sobą. Przy jej czole, przy jej nosie, przy jej ustach. Stało się, mała, już nie możemy z tym nic zrobić, już nie możemy się cofnąć, możemy zrobić tylko krok do przodu.

Jedziesz teraz pociągiem, a na mnie czeka jeszcze jedna kanapka z pasztetem, na którą nagle straciłem ochotę jednocześnie mając tak wielką ochotę na ciebie. Być może zajętajesteś teraz interesująca rozmową z jakimś młodym, przystojnym, przypadkowo w przedziale spotkanym mężczyzną, być może opowiada tobie o Krakowie, tej pustyni kulturalnej, o marności niektórych przedstawień teatralnych, o przypadku w twórczości Cortazara. Nie potrafię się pozbierać, zająć czymś rozsądniejszym niż słuchanie tej przeklętej muzyki, niż patrzenie w okno, gdzie latarnia, gdzie śnieg, co prószy z braku innych zajęć, gdzie dom sąsiadów bez sąsiadów, gdzie droga z świeżymi śladami łapek Tiny, która właśnie wróciła ze spaceru. Nie potrafię wgryźć się w pasztetową kanapkę z musztardą – tak bardzo pragnę wgryźć się w ciebie. Być może za moment dojdzie do tego, że wmówię sobie, iż nie będę jadł nic innego prócz Ciebie, żadnego dania prócz Magi w sosie (soku) własnym. Tak, być może doprowadzisz mnie do śmierci głodowej, maleńka. Bo niczego innego nie przyjmę do ust, niczego innego nie zbliżę do ust. Żadnych potraw a la Maga, bez szans na substytuty. Całe menu z imionami innych kobiet tak przy tobie apatyczne, jak ty apetyczna. Nie potrafię.

I nawet nie rozumiem tych słów, nawet nie znam nazw wybrzmiewających instrumentów. Może jedno amore co się powtarza co kilka wersów. Un Amooor. I w ten deseń. I w tę depresję. W tę samotność, w to tęsknienie, co miast uszlachetniać ludzkie stworzenia daje im odczuwać, że się upodlają, że tacy zwierzęcy są w tej pojedynczości, tacy nieludzccy i nie-z-tego-świata. Tacy nie dla ludzi, nie do życia. Pozamykani w swych pokojach, ograniczeni do słuchania ckliwych melodii, czytania sentymentalnych historyjek w kobiecych czasopismach, wpatrywania się w zaśnieżającą się rzeczywistość zaokienną. Jakby z beznadziejną, niczym nieuzasadnianą nadzieją, że nagle jej postać pojawi się na drodze, że będę mógł wybiec z pokoju, szybko schodami w dół, nie domykając drzwi wybiec na śnieg w skarpetkach: Maga, chwyć się muru, bo ślisko na tym chodniczku – podejść – Albo najlepiej mnie, który ostoją stabilności i bezpieczeństwa jestem. ;) Jakbym czekał nic nie robiąc na umówioną godzinę randki, od rana uczesany i z podciętymi paznokciami chodził po pokoju czekając na tę przeklętą godzinę dwudziesta pierwszą (no, później jeszcze się mogła umówić! jakby nie było szaro już od szesnastej…). Kiedy jest pewność jej nadejścia, adwent z powtórnym przyjściem na zakończenie, które staje się kolejnym naszym początkiem – jak każde z naszych spotkań, które bardziej niż powtarzającymi się zakończeniami powinny być pojawiającymi się nagle zaczątkami, zaskakującymi nas oboje pierwszymi zdaniami wybitnej powieści.

Bo nie wiem czy wiesz o mnie wszystko. Nie wiem czy znasz moje metody, podchody, obejścia i obwąchiwania. Nie wiem czy wiesz. Boję się wiedzieć tego jak wiele jeszcze o mnie nie wiesz. Z drugiej strony jest to może optymistyczna wiedza, bo przecież jeszcze tyle zarośniętych furtek prowadzących do tajemniczyh ogrodów nie zostało pchniętych przed siebie, jeszcze tak wiele niewypowiedzianych zdań, niedoprecyzowanych pragnień, niezrealizowanych marzeń, jeszcze tyle do nadrobienia, tyle do rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Więc nie wiem czy wiesz jak to jest u mnie z czytaniem powieści właśnie, z moją regułą pierwszego zdania, pierwszego akapitu, która sprawdza się praktycznie za każdym razem. Musi zachwycić, uwieść, mówiąc dosadnie – schwycić za jaja i swym ściskiem wbić w fotel tak mocno, by nie puścić do ostatniego słowa, do kwestii końcowej, a i długo później jeszcze nie pozwolić zapomnień o tym wszystkim, co towarzyszyło nam w czasie lektury, bo przecież ten ból, to pieczenie tam w dole. Tak mam – pierwsze zdanie, pierwsze kilka zdań i już w tym momencie jakby posiadło się wszelką wiedzę.

Więc jak to było z nami? Gdy z Anką weszłaś na salę, a ja siedziałem pośród obcych sobie ludzi, nie rozmawiałem z nikim, patrzyłem na leżące na blacie egzemplarze „Miłujcie się” i przypominałem sobie te ich kretyńskie artykuły o niszczącej psychikę masturbacji, o szatańskiej sile onanizmu, o diabelskich sztuczkach ukrytych między wierszami porad psychologów w „Bravo”. Gdy patrzyłem na ciebie z jaskółczym niepokojem na głowie, w białej bluzce i krótkiej spódnicze, ubranej tak uroczyście, co podoba mi się w kobietach chyba jeszcze bardziej niż przewiewne sukienki zrywane z kobiet Hłaski szarpnięciem męskiej ręki. Gdy wniosłaś na salę jakąś świeżość, jakieś życie, gdy myślałem w pierwszej chwili, że może ty jesteś Anką Pietrzak, że ty z tych władz, z góry przybywasz, by nami, nieukształtowaną gawiedzią, pokierować, na przyszłość ukształtować, gdy pomyślałem sobie, że wreszcie ktoś normalny, ktoś z człowiekiem w oku, ze spojrzeniem pełnym życia i dziewczęcości zarazem, ze spojrzeniem pełnym zadziorności i seksu, co również nie wyklucza się wzajemnie. Gdy podobałaś mi się wtedy taka elegancka, taka jaskółczno postrzępiona na głowie, a zarazem ze spokojem, z jakimś dziwnym rodzajem doświadczenia i dojrzałości odpowiadająca na coraz to głupsze pytania – czy komisja jest miła? czy pytają o historię tylko powojenną?, a ty uśmiechałaś się i odpowiadałaś. Starałem się na ciebie nie patrzeć, a potem, gdy usiadłaś jakoś bliżej mnie i rozmawiałaś z kilkoma dziewczynami chyba zacząłem czytać jakąś ulotkę. By nie patrzeć. Być może już wtedy czegoś się bałem, być może jakiś wewnętrzny głos wmawiał mi, że to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia tak przekonująco, iż sam mu uwierzyłem. Gdy Elka doniosła ci jak to twierdziłem, iż kobiety nie piszą tak dobrze jak mężczyźni, a ty postanowiłaś i z nerwem i z żyłką na czole spoliczkować mnie Marszałek i Paradowską, co ja skwitowałem dyskretnym uśmieszkiem, bo spodobało mi się, że z pieprzykiem (a nic mi o swoich piersiach nie mówiłaś wtedy przecież), że z zacięciem, że ostra laska, a z drugiej strony i tak wiedziałem swoje, mów, mów mała, jak ci to dobrze robi i tak nie wiesz o co chodzi, a pyskować musisz, hehe, słodkie to było, trzeba przyznać i mnie i tobie. Gdy wyśmiałaś mnie przy wszystkich z mojego odłączenia się od grupy, z mojego samotnego pójścia do Empiku, by przejrzeć sobie wybór pism iterackich docierających do Warszawy, gdy, jakby mszcząc się za te pokrzywdzone przeze mnie (w twoim mniemaniu) piszące kobiety, jakbym dotknęło to ciebie osobiście (coś w tym musi być!;), prawie wykrzyczałaś mi w twarz: „Haha! Przyjechałeś do Warszawy, żeby sobie pójść do Empiku? Haha!”. Gdy pomyślałem sobie o tobie nie najlepiej w tamtej chwili, że może sprawia ci taką przyjemność wyśmiewanie innych, tego, że może nie każdy ma ochotę spacerować po Starówce, gdy pomyślałem sobie, że no, cóż i mnie zdarza się pomylić, co do człowieka, mylą pierwsze wrażenia, i gdy smutny szedłem w stronę Empiku, gdy szedłem i zarazem byłem zły i smutny, czułem się i wyśmiany i rozczarowany, myślałem o tym jak to teraz kontynuujesz wątek wieśniaka, co przyjechał do stolicy żeby gazety oglądać, jak śmiejecie się ze mnie wszyscy jak razem na tę Starówkę idziecie. I pamiętam, że, gdy przechodziłem próg Empiku pomyślałem sobie: „A chuj wam w dupę wszytskim”, i jeszcze gdy zacząłem przeglądać po raz już któryś stojący na półce „Ha!art” z moim tekstem: „Gówno o mnie wiesz, mała”. Więc jaki był ten nasz pierwszy akapit? Kto by pomyślał, że za jakiś czas będę cię pożądał tak bardzo jak kolejnych stron „Zbrodni i kary”, jak, o ironio, moja dręczycielko, „Opętania”? I teraz gdy wiesz już o mnie tak dużo, o wiele więcej niż powiedziałem do siebie wtedy z Ha!artem w dłoni – czy wiesz o mnie już wszystko?

Myślę też o tym jak niewiele wiem o tobie. I jak wiele z tego, co wiem, staje się tym, co wiedziałem. Jak kolory zaczynają szarzeć, jak wszystko z każdym kolejnym dniem staje się coraz bardziej blade, odległe, wspomnieniowe, zapomniane. Jak bardzo przeraża mnie to, iż pozwalasz temu odchodzić, jak pozwalasz się zapominać. Dlaczego wciąz wolisz być moją niewiedzą bardziej niż księgą mądrości, z której czytać i recytować, spijać słowa i wszystko poza słowami również? Myślę o ogólnym wrażeniu, które pozostaje, a i to zapewne nie na zawsze. O tym, że my wciąz jestemy dla siebie ogólnym wrażeniem, nie-poznaniem, nie-do-znaniem, brakiem doznań. I dążę do tego, by doznać, by poznać, nauczyć się ciebie i czytac i spijać. By iść z tobą za rękę ulicami miast i uśmiechać się do żebraków, którzy przerażają mnie swoimi gangrenami. By ogólne wrażenie zastępować wrażeniami do-raźnymi, do-tykowymi, do-ustnymi, do-pełniającymi. Zlikwidujmy pamięć o ogólnym wrażeniu, które tak bardzo chciałoby zawładnąć naszymi myślami, które chciałoby w ogóle uciec z naszych myśli (a któremu ja przynajmniej wciąż na to nie pozwalam – stąd te słowa, to powracanie, to przywracanie, odnawianie, które ma doprowadzić do powrotu, przywrócenia i odnowienia rzeczywistego, w realnym świecie, z tobą i mną w rolach głównych), odrzućmy je i wsadźmy do szuflady ze wspomnieniami, w której to szufladzie na pewno nie powinno być nas, którym tak potrzebna jest teraźniejszość, współczesność, tu i teraz, ja i ty.

To kolejna notka, w których każde zdanie jest pointą i to wcale nie dlatego, że uważam, iż każde z tych zdań tak bardzo jest celne i zaskakujące, tak artystycznie dopracowane i poetycko wypieszczone. Nie, nic z tych rzeczy. Raczej idzie mi o to, iż są to pointy-wykończenia, każde z tych zdań jakby stanowi odrębną całość, mówi rzeczy dla mnie i dla ciebie ważne, rzeczy, które być może powinny być powiedziane już jakiś czas temu, mówią do ciebie te zdania w gruncie rzeczy wciąż to samo, powtarzają w kółko jedno i to samo wyznanie miłości, jednocześnie prosząc ciebie i żebrząc, mówią ci jak ważne jest to wszytsko dla mnie, jak ważne, mam nadzieję, jest dla ciebie. Mówią wciąz to samo i wciąz jednej i tej samej reakcji, odpowiedzi oczekują. Każde z tych zdań jest pointą, moja droga, może dlatego w rozmowie z Gosią dochodzisz do wniosku, że to wszytsko fikcja, że literatura (że zmyślam?), nie ma tego wszystkiego, nie ma mnie i nie ma Ciebie, nie ma nas. Tak. Też byłoby mi łatwiej gdybym uwierzył, że jesteś moim światem przedstawionym, jednym z moich środków poetyckiego obrazowania, kształtną metaforą i błyskotliwym porównaniem. Być może byłoby mi lżej gdybym wiedział, że nia ma cię poza tymi znakami, poza adresem mejlowym, na który ślę kolejne listy, poza adres bloga, w którego wklejam kolejne wynaturzenia, poza dziewięciocyfrowym numerem telefonu, na który wysyłam kolejne smsy z filarowymi pocałunkami na końcu. Ale jesteś. Może stąd to wszytsko, że tobie jest trudno uwierzyć w moje istnienie. Bo może to właśnie mnie nie ma? Może to ty mnie tworzysz, a nie tak jak byś chciała – ja ciebie? Uwierz, mała, mniej tutaj fikcji niż miłości, mniej literatury niż szczerości.

Dlatego wierzę, iż myślałaś o tym samym co ja, gdy mówiłem do ciebie: „Odtworzyłbym to wszystko, powtórzył raz jeszcze, odnowił”. Gdy odpisałaś o 19:21: „…ja też bym”. Wierzę w to, iż tobie również nie chodziło jedynie o odtworzenie polegające na przeczytaniu tej notki… Że twoje „bym” mieści się w „bym” tak pożądanym przeze mnie.

Tak więc każde zdanie jest pointą wcale nie w sensie literackim – po prostu każde z tych zdań jest jakby następnym ostatnim zdaniem o miłości, w którą wciąż wierzę. Dlatego tym razem znowu nie będzie pointy.

W naszym mieście jest wiele pięknych ulic i placów. Napisano o nich wiele pięknych wierszy, poematów, piosenek i książek; tak wiele, że zbytecznym już jest rozwodzić się nad urodą miasta. Jest tu jednak pewna taka ulica, że gdybyś szedł nią nie wiadomo jak spodlony, jej piękno i wdzięk każą ci trzymać łeb do góry; kiedy patrzysz na te wszystkie piękne, dziwne i małe domy, przychodzi ci do głowy niedorzeczna myśl, że powinni tu mieszkać sami dobrzy i szczęśliwi ludzie. Doprawdy, człowiek ma czasem ochotę przejść tą ulicą na kolanach. Na samym końcu owej ulicy, w kamieniczce ozdobionej pięknymi, brązowymi smokami, mieści się kawiarnia, o której wiedzą tylko wtajemniczeni, co w praktyce oczy-wiście oznacza, że wie o niej połowa miasta. Przychodzą tu jednak tylko ci, którzy mają do tego nie pisane jakby, lecz ściśle przestrzegane prawo; ci, którzy coś zrobili.
W tej kawiarni, przy jednym z misternie wykonanych stolików, siedział pewien młody pisarz z dziewczyną. Dziewczyna była bardzo młoda: miała śmieszną twarzyczkę dziecka, w której dziwiły czarne, poważne oczy. Miała na sobie jasną sukienkę w kratę, gdyż było to lato; nogi jej były długie, szczupłe i opalone; na te nogi zerkał już od pewnego czasu pewien staruszek z metafizyczną bródką siedzący przy oknie. Obserwacja jej nóg do tego stopnia zaabsorbowała jego wyobraźnię, iż zupełnie za-pomniał, że na jutro ma ukończyć miłosny wiersz do jednego z poczytnych tygodników. W pewnym momencie staruszek ocknął się, oblizał wargi i pochylił się nad kartką papieru; zrozumiawszy zaś po jakimś czasie, że nie jest to już opowieść o szukaniu stonki, której pisanie ukończył był przedwczoraj, począł układać gorące strofy. Pisarz i dziewczyna milczeli; przed kilkoma minutami ukończyli właśnie rozmowę, która oszołomiła i ją, i jego; tak zawsze bywa, kiedy ludzie wyznają sobie nad wyraz dobre i szczęśliwe rzeczy. Oboje bali się teraz pierwszego słowa; rzucali na siebie krótkie spojrzenia; młody pisarz od czasu do czasu chrząkał, wiedząc jednocześnie, że chrząkanie jest rzeczą idiotyczną i nie dającą absolutnie żadnych perspektyw. Wreszcie – zdławiwszy w sobie z najwyższym trudem olbrzymie ilości niepotrzebnych słów – zapytał:
- Nie wierzysz mi?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- To nie tak – powiedziała. – Wierzę ci, lecz trudno mi uwierzyć w to, co mówisz. To tak niespodziewanie… Nawet nie potrafię ci wytłumaczyć…
- Nie tłumacz mi – szepnął gorąco. – W cale nie chcę, żebyś mi tłumaczyła. Chcę tylko, żebyś uwierzyła temu, co mówię.
- Wierzę.
- Zaufasz mi?
- Chyba tak – powiedziała zaplatając z chrzęstem palce. – Chyba czy tak?
- Więc tak…
Na twarzy młodego pisarza odmalowała się niesłychana ulga. Bawiąc się filiżanką od kawy, powiedział:
- Nie masz pojęcia, jak strasznie trudno jest zaczynać wszystko od początku.
- Pomogę ci – rzekła.
- Wszystko, co mi możesz pomóc, to tylko mnie kochać. Zrobię, co będę mógł, żebyś była szczęśliwa.
- Będę szczęśliwa, jeśli tobie będzie dobrze.

Od dłuższego czasu przepoczwarkowało się to wszystko w chorobę. Powinno się na mnie patrzeć i współczuć, powinno patrzyć mi się głęboko w oczy i wybuchać płaczem, powinno się chwytać moją rękę chcąc zbadać puls i litować się, przede wszytskim się litować. Nie powinno się nawet próbować mnie leczyć, podawać ziołowych herbatek i tabletek, straszyć zastrzykami i paniami w kusych kitlach – wszystko na nic, żadnego ratunku ze strony służby zdrowia, chociażby była nią była dziewczyna i jej okład z młodych piersi, chociażby była to babcia z uśmiechniętą twarzą i dopiero co ugotowanym kotłem bigosu, chociażby była to jedyna blondynka, która naprawdę mi się w życiu podobała, a na którą patrzyłem jakieś piętnaście minut jadąc do Konstancina, patrzyłem i nie potrafiłem otworzyć ust, nie potrafiłem powiedzieć: Posłuchaj, może chciałabyś wyjść na następnym przystanku i się ze mną kochać?, więc nie doczekała się ode mnie tych słów i cóż miała sama biedna robić, wysiadła, a na przystanku czekał na nią VW Golf i pewnie łysy chłopak w odświętnym golfie. Więc nic to wszystko, nic.

Powinno się litować, powinno się współczuć. Wystarczy na mnie spojrzeć. Wystarczy porozmawiać ze mną przez chwilę i spróbować tylko zmienić temat, który jest moim jedynym tematem. Wystarczy być kobietą, która nie jest nią i pisać do mnie smsy i daremnie oczekiwać odpowiedzi. Wystarczy położyć się ze mną do łóżka i spróbować przeżyć kolejną noc bez niej.

Wystarczy się ze mną połudzić, co niestety nie jest wcale tak fajne jak się ponudzić. Wystarczy wierzyć tak bardzo jak ja, wierzyć tak bardzo, iż nie starcza już tej wiary na inne bóstwa, na kościoły i świątynie, na niedzielne msze i odnajdywanie Boga w kazaniach młodych zakonników. Wystarczy pomóc mi w wątpieniu, nauczyć mnie wątpić, pokazać jak żyć zwątpieniem, pokazać jak najłatwiej i najszybciej stracić wiarę bez zawalenia się całego świata.

Wystarczy mi uzmysłowić, że jednak się mylę, ze to nie to, że kwiatu pół światu, że się bawi tylko i inne pierdolenia w tym stylu. Spróbujcie ze mną myśliciele, kurwa wasza mać. Przyjdźcie do mnie z kazaniami i pokażcie mi jak bardzo się mylę, wyłóżcie na moje biurko grube księgi w cielęcych oprawach i wykażcie moje błędy, umieszcie je w tabelach i na wykresach, wydajcie rocznik statystyczny ze mną i Magą w roli głównej. Pokażcie mi jak bardzo krzywdzę samego siebie, jak bardzo krzywdzę jakieś dziewczyny, które mogłyby być ze mną szczęśliwe w tej chwili odwzajemniając mi się być może tym samym, jaki zajebiście jestem sadomasochistyczny i głupi. Chodźcie proszę, mieszkam na Alejach, mam piec kaflowy, czasami ludzie mówią, że jest ciepło, a ja nie potrafię tego poczuć, moi współlokatorzy czasami wydają z siebie dziwne dźwięki i słuchają RMF Maxx, z wanny czasami wychodzą włosy, a z toalety potwory, ja was serdecznie, mędrcy, zapraszam.

Przyjdźcie i powiedzcie mi wszystko, wygarnijcie mi wszystkie błędy, zemścijcie się za to, że jeszcze jeden z was czuje tak, jak już nikt nie potrafi i wcale nie tak jak na filmach, na których płacze mój tata i wcale nie tak, jakby chciała okładka Cosmopolitan i wcale nie tak jak radzą w poradnikach, na które mnie nie stać, bo wydaję na zarysy poezji po sześćdziesiątym ósmym. Zasypcie mnie obelgami za to, że wykupię wszystkie billboardy w Krakowie i Warszawie i będę na nich publikował w odcinkach moją i Magi historię. Zabijcie mnie za to, że kocham bezsensownie i niepraktycznie, że wielbię głupio i nieperspektywicznie, że pragnę nieustannie i tragicznie. Że śnię tę samą osobę, która śni mi się również na jawię, że zasypiam z jej wirtualnym dotyku na wargach i budzę z jej drobną dłonią na podbrzuszu, również wirtualną, niestety. Zabijcie mnie za moje nieprzystosowanie do życia, za moje kochanie z poprzedniej epoki, za moją walkę o kogoś, kto być może po prostu nie potrafi mnie pokochać, a w kim ja niestety widzę swoją przyszłość, swoje zapomnienie i zagubienie, swoje zanurzenie i zagłebienie, w kim widzę swoje wargi, swoje dłonie, swoje piersi.

Wystarczy pomóc mi zasnąć, zaserwować mi przynajmniej jedną noc, w której nie budziłbym się po czwartej z dreszczami w okolicy kręgosłupa, jedną noc bez wirtualnych wrażeń, bez widziadeł sennych, bez nieosiągalnych pragnień, bez wyobrażeń nieosiągalnego.

Pomóc mi przestać wierzyć, pomóc mi zacząć żyć.

Pomóc mi zaszczepić we mnie nową wiarę – że jest jeszcze jakieś życie, jakiś świat, a może nawet jeszcze jakieś piękno poza nią.

Powinno się litować i współczuć, a nie pouczać i nawracać. Powinno usiąść się ze mną na Floriańskiej z sercem zamiast kartki „zbieram na piwo”, bo może miłość również można kupić. Może można kupić tego, który trzyma w garści jej miłość. Może można kupić coś prócz kilku samotnych godzin spędzanych w za szerokim dla jednej osoby łóżku.

Więc choruję i marnie wyglądam, źle sypiam, pięknie śnię, budzę się i kolekcjonuję samotne łzy na poduszce, gdy dochodzi do mnie, że sen, żadna rzeczywistość.

I gdy myślę, że podobno rozpuściłem ją komplementami, że przyzwyczaiłem ją do zbyt pięknych słówek, że staram się być dla niej idealnym – a w następnej chwili myślę, że wszytsko działa tylko w jedną stronę i przypominam sobie jak mówiłem jej, że czasami odnoszę wrażenie jakbym wysyłał te słowa w próżnię i gdy ona pomyślała, że chodzi mi o to, że ona nie reaguje na te słowa czasami, a kiedy ja starałem się tylko powiedzieć, że dotykam, by być dotykanym, mówię pięknie, by słyszeć równie pięknie, całuję, by być cąłowanym. Kocham, by by kochanym.

I gdy myślę o wszystkim wiem, że tak naprawdę myślę tylko o niej.

Państwo wybaczą, ale ja naprawdę jestem pierdolnięty. I chodzi tutaj tylko o to, by taka jedna zdołała zaakceptować moją chorobę psychiczną i odwzajemnić się synonimicznym schorzeniem.

A kiedy tak wpatrywałem się z bliska w meszek na jej karku, tam na przedłużeniu włosów, oprzeć się nie mogłem i językiem znaczyłem linię wzdłuż jej kręgów, dbając o to, by nie dać mojej ślinie na jej szyi wyschnąć, a zaraz potem mi się zapatrzało w jej dziurki kolczykowe, z dawien dawna nieużywane, i język mój, myśl wyprzedzając, już się w jej uchu gnieździł, a i pod uchem, a i pod drugim, i wtedy właśnie zaczynała się wiercić, już samodzielnie przedstawiając mi miejsca za śliną stęsknione, uprzejmie mnie z nimi zapoznając, dolinkę u nasady szyi, u zbiegu obojczyków wyczekujacą nawilżeń, i niżej, pod obojczykami łagodne zalążki piersi, od których z wolna, z bardzo wolna, ruchem kolistym języka zataczałem spirale, nie przenosząc się z piersi na pierś, jedną pozostawiając tymczasem sam na sam z dłonią, z opuskami palców imitujących język, zataczałem symetrycznie spirale, coraz ciaśniej okrążając utwierdzone w pragnieniu, utwardzone pragnieniem zwieńczenia jej piersiąt, aż sama mi je podawała niecierpliwie, abym z nimi w sutach wywoływał duchy z jej ust, duchy umarłych kochanków, które się w jej pomrukach i szeptach rwanych wydostawały na świat i strącąły filiżanki ze stolików, i mierzwiły prześcieradła, i nakłaniały nas do tego, byśmy zarzucili delikatność na rzecz zachłanności, i poddawaliśmy się tym podszeptom, za nic sobie porządek mając, za nic sobie mając piony i poziomy, podłogi i sufity, za nic sobie mając światy i zaświaty, żcyia i śmierci, to wszytsko nietrwałe, nieistotne, kiedy my oboje, objęci w posiadanie wzajemne, obojętnieliśmy na całą resztę, wszystko poza nami było resztą, my też byliśmy resztą, ważne było tylko to, co pomiędzy nami się wykluwało raz za razem, coraz szybciej, szybciej, coraz bliżej, bliżej, jeszcze.

Cały jestem chodzącym nerwem. Sześćdziesięciokilogramowy nerw, metr osiemdziesiąt trzy. Nerw na diecie studenckiej. Nerw, któremu puszczają nerwy, który nie ma już nerwów, już nie wie, co powiedzieć, kogo zabić, by się uspokoić, by uspokoić zszarganego pana nerwa.

Cały jestem wyrwanym z wnętrza i wyrzuconym na wierzch sercem. Sercem wrzuconym bez zgody na wystawę sklepu na Rynku Głównym jednego z wielkich miast europejskich, wystawionym na widok publiczny. I łażą te tłumy i się gapią, komentują, włażą z butami, doradzają. Co bardziej azjatyccy wyciągają aparaty cyfrowe i robią sercu zdjęcia, które będą później przerabiać na swoich komputerach. Będą się bawić odcieniami szarości, by fotografie były bardziej czarne niż białe, by było tak czarno, że bardziej już nie można. Ciemno, jak najciemniej.

Cały jestem i sercem i nerwem. I nie wiem jak długo będę jeszcze tak potrafił, ile jeszcze wytrzymam.
Czuję jak rośnie to we mnie wszystko, a przecież wiem dobrze, że tego metra osiemdziesiąt trzy nie przewyższy na pewno. Czuję jak wzrasta, jak buzuje i aż prosi o to, by wybuchnąć, by eksplodowało to wszystko. Jak nakładają się na siebie wspomnienia z tego, co wczoraj z rzeczywistością dnia dzisiejszego, jak nachodzą na siebie sny – te, w których jestem tym, który niszczy, te, w których jesteś tą, która niszczy, jak również te, o których mógłbym opowiedzieć tylko sfrustrowanemu twórcy literatury pornograficznej (no, może erotycznej raczej;) cierpiącemu na deficyt co ciekawszych rozwiązań fabularnych, jak miesza mi się wyobraźnia i skłonność do hiperbolizowania z tym, co realne i bolesne. Czuję jak gmatwa się we mnie to wszystko coraz bardziej, jak pulsuje pod skórą chcąc ją w pewnym momencie przebić, rozorać tak, by pozostawić blizny na zawsze. Czuję jak kończy się wszystko we mnie, jak kończę się cały, nie daję rady, bolę i uśmierzam ból najgłupszym z możliwych sposobów – odchodząc od życia, bo co to za życie bez kogoś, kto nagle stał się jego sensem. Czuję jak słabnę, tracę oddech. Jak mnie nie ma. Bo nie może być bez ciebie. Jak duszę się i nie potrafię tak dłużej. Oddychać. Odrobinę tlenu. Dotyku, dolnej wargi, znamion porozrzucanych po ciele.

Cały jestem rozpaczliwym krzykiem „Kocham Cię” bez echa, którym jest twoja kwestia następująca po mojej, nieustannie powtarzanej. Twoja kwestia jest tylko powtórzeniem tej, którą usłyszałaś przed chwilą z moich ust.

Cały jestem też zdziwieniem. Nigdy nie sądziłem jak wielką, trudną sztuką może być powtórzenie dwóch prostych słów.

Ten wiersz Magdaleno jest tylko dla ciebie
To jeden z pierwszych wierszy naszego pożądania
Pierwszy nasz wiersz tajemny o moja ukochana
Dzień dzisiaj piekny i wojna taka piękna lecz gdyb przyszło na niej umrzeć

Ty tego panno nawet nie wiesz dziewięć jest bram u twego ciała

Siedem już znam a dwie mi zakryto
Cztery zdobyłem szturmem wszedłem w nie nie myśl że tak łatwo z nich wyjdę
Bo wszedłem w ciebie przez twe rozgwieżdżone oczy
I przez uszy słowami którymi władam i które stanowią moją eskortę

Oko prawe mojej ukochanej pierwsza bramo mojej miłości
Spuściłaś była zasłonę powieki
Rzęsy stały na straży ścieśnionym szeregiem jak czarni żołnierze malowani na wazach greckich powieka ciężka zasłona
Z aksamitu
Skryła twoje spojrzenie jasne
I ciężkie
Nasza miłość taka sama

Oko lewe mojej ukochanej wtóra bramo mojej miłości
Jak tamto skromne i miłościa tak cieżkie jak ono
O bramo wiodąca do serca mój wizerunek i mój śmiech co błyszczy
Jak gwiazda podobny do oczu twoich które kocham
Podwójna bramo spojrzenia kocham ciebie

Ucho prawe miłości mojej bramo trzecia
Ciebie dopiero zdobywszy udało mi się otworzyć na oścież dwie pierwsze bramy
Byłoś ucho bramą dla mojego głosu który cię przekonał
Kocham cię któreś do Obrazu wniosło sens przez Myśl

I ciebie także ucho lewe które miłości mojej jesteś bramą czwartą
Błogosławie was uszy mojej ukochanej
Bramy które rozwarłyście się na mój głos
Jak róże się rozwierają pod pieszczotą wiosny
Przez was mój głos moje rozkazy
Wnikają do ciała Magdaleny
A za nim ja który jestem cały mężczyzna i także cały wierszem
Wierszem o jej pożądaniu które sprawia że i sam siebie też kocham

Dziurko w nosie lewa piąta bramo mojej miłości i naszego pożądania
Tędy wnijdę w ciało mojej ukochanej
Wnijdę weń subtelny zapachem mężczyzny
Zapachem mojego pożądania
Ostrą wonią męską którą upije się Magdalena

Dziurko w nosie prawa szósta bramo mojej miłości i naszej rozkoszy
Ty który chłonąc będziesz jak sąsiadka woń mojego ciała
I nasz zapach zmieszany mocniejszy i goretszy niż wiosna cała w kwiatach
Podwójna bramo nozdrzy kocham cię szafarko najsubtelniejszych rozkoszy
Czerpanych ze skarbnicy oparów i aromatów

Usta Magdaleny siodma bramo mojej miłości
Poznałem cię bramo czerwona która topielą jesteś mojej żądzy
A stojący tam na warcie żołnierze mdlejąc z miłości wołali że się poddają
O bramo czerwona i ciepła

Jeszcze są Magdalena dwie bramy
Których nie znam
Dwie bramy przede mną
Zakryte

Ósma brama mojej pięknej miłości
O niewiedzo moja podobna do ślepych żołnierzy mrących wśród zasieków pod płynnym księżycem Flandrii
Albo raczej do podróżnika który umiera z głodu pragnienia i miłości w dziewiczej puszczy afrykańskiej
Ciemniejszej od Erebu
Świętszej od lasu Dodony
A wie że niedaleko tryska źródło chłodniejsze niż wody Kastalii
Miłość moja znajdzie tam sobie świątynie
I skrwawiwszy przedsionek którego broni czuła hydra niewinności
Odkryje w niej i sprawi iż wytryśnie najgorętszy gejzer światła
O Magdaleno moja ukochana
Jestem już panem ósmej bramy

A ty dziewiąta bramo jeszcze bardziej tajemnicza
Która otwierasz się pośród dwojga perłowych wzgórz
Jeszcze bardziej tajemnicza niż tamte
Bramo zaklęć i czarów o których nie śmie się myśleć głośno

Ty też jesteś moja
Najważniejsza z bram
Bo w rękach mam
Ów klucz jedyny co otwiera
Wszystkie dzięwieć bram

O bramy otworzcie się na mój rozkaz

Jestem panem Klucza
Dla J.

Doszedłem z Januszem (i nie mogę zostawić tylko tego czasownika z imieniem, gdyż zabrzmiało to by co najmniej dwuznacznie patrząc na to przez wzgląd wszystkich tych mrocznych historii z odnalezieniem swego seksualnego powołania, które dzieją się wokół. jakby to właśnie powołanie seksualne, jakby odnalezienie chociażby orientacyjnej drogi były czymś, co w życiu najważniejsze – już nie rodzina, nie kapłaństwo i namaszczenie chorych. teraz chodzi o to, że chłopcy pytają się mnie tylko: „Grzesiu, ale ty jesteś bi, prawda? Nie, no, przyznaj mi się, proszę. Przecież to wiadomo, że chłopców też lubisz. Bo, wiesz, ja ciebie polubiłem od razu, a od jakiegoś już czasu lubię bardzo nawet”, a ja myślę o lektoracie z języka angielskiego, szybko kojarzę fakty i dlatego dziwię się dlaczego pyta się mnie o „czy ja jestem być?”) do wniosku, że zmonotonieliśmy do reszty.

Takie jagiellońskie roboty teraz jesteśmy i żeby było milej jemy pasztet, który przestał nam pleśnieć, gdyż od pewnego czasu zjadamy od razu całe pudełko. Takie krakowskie nakręcane samochodziki, co je pan w brudnej czapce sprzedaje w tunelu na Krasińskiego i żeby było milej i raźniej wracać do domu to te samochodziki śpiewają jedną ze sztandarowych pieśni Venga Boys, w której boom za boomem, a potem jeszcze aj łont ju in maj rum.

No bo wstajemy, jemy albo nie jemy, bo nie zdążamy czasami, biegniemy i słuchamy wykładów, ale to tylko czasami, bo się nam coraz rzadziej zdarza, najczęściej śpimy, budzi nas budzik, który drze mordę przez kilka minut (Janusz mówi mi, że zawsze gdy mój budzik zaczyna piszczeć, to ja podnosze głowę i spojrzeniem kretyna badam to pipanie mojego budzika i jak gdyby nigdy nic po chwili kładę się z powrotem i zasypiam bez jakiejkolwiek świadomości chwilowego przebudzenia. Najczęściej dzwoni podobno jakieś pięć minut, ale Januszowi też nie chce się wstać i go wyłączyć), w końcu się go wyłącza i śpi się dalej po to, by obudzić się o kilka godzin za późno, by podnieść zmęczoną głowę i powiedzieć: „Kurwa. Znowu zaspaliśmy”.

Wstajemy albo śpimy dalej, słuchamy wykładów albo śpimy dalej, wracamy z wykładów i jemy albo zwlekamy się z łóżka i jemy. Pijemy jakąś herbatę albo jakąś kawę – od dawna żaden z nas nie wie czy istnieją jeszcze jakieś marki (Proszę pani, czy to jest naprawdę najtańsza herbata? A nie ma jakiejś tańszej od tej najtańszej, bo chodzi o to, że my z kolegą studiujemy i nam szkodzą zbyt drogie produkty spożywcze? – a potem wystarczy, że wejdę do pierwszego lepszego antykwariatu i wydam tyle, co by mi starczyło na trzy tygodnie jedzenia).

Ja mówię, że się odzywa albo, że znowu się nie odzywa. Janusz mówi, że jestem chory albo, że jestem popierdolony, gdy ma gorszy humor i nie opanował w stopniu wystarczającym na stopień dostateczny mapy starożytnej Grecji na historiografię. Ja pytam czy trzy miesiące to długo, a Janusz mówi, że wystarczająco, chyba, że wolę trwać w zawieszeniu i jeśli mi takie zawieszenie przynosi rozkosz, to on mi może tylko współczuć, że mam tak niewielkie wymagania jeśli chodzi o „te sprawy”.

Więc rozmawiamy i pijemy albo pijemy i powtarzamy w nieskończoność o tym, że należałoby się wreszcie zacząć uczyć. A potem ja z moją odwieczną litanią tego, co powinienem robić, a nigdy nie robię i zaczynam wymieniać: uczyć się z niemieckiego, pisać opowiadania, czytać książki, sprzątać pokój, zmyć naczynia, wymyć łazienkę, bo moja kolej, wynieść śmieci, posegregować gazety, zrobić drugą kawę, bo ból głowy, przepisać notatki, odpisać na listy, wiersze pisać, wiersze czytać, znaleźć sobie pracę, zająć się pisaniem, przestać myśleć, chociaż raz położyć się spać przed północą (Czy my kiedykolwiek pójdziemy spać jeszcze dzisiaj, a nie już jutro? – pyta Janusz), przeczytać wszystkie kupione na nic dzienniki i tygodniki, przywieźć z domu komputer, zrobić samemu porządny obiad, któego nie będę wstydził się przed sobą, przestać się męczyć, kupić sobie brylantynę i kilogram ziemniaków, pamiętać o tym, że kończy się olej, zacząć wierzyć w Boga i myśleć o żonie, z którą mógłbym porozmawiać o tym, że za wcześnie na dziecko i za młodo, by zawierzyć Bogu.

Dopijamy i idziemy czyścić kubki albo szklanki albo filiżanki. Janusz bierze Neposa albo Herodota, ja biorę Tygodnik Powszechny albo wiersze Barańczaka z lat osiemdziesiątych. Zaczynam czytać na głos, bo wprawiam się w maltretowaniu bliźniach, co, muszę przyznać, idzie mi całkiem nieźle.

Wstajemy, idziemy na wykłady, jemy, pijemy, odpoczywamy, jemy, myjemy się, idziemy spać, śpimy, wstajemy…
Zmonotonieliśmy do reszty i tylko to, że już którys raz z rzędu mieszam herbatę, do której nie wsypałem jeszcze przecież cukru wprowadza jakieś zmiany do naszego życia pozbawionego wielkich radości i małych smutków.

Wszystko, co mamy, a czego mieć nie chcemy, wali się na nas, jakby otwierało się drzwi do nieodwiedzanego od lat strychu, a wszystko czego pragniemy, co powoduje, że mówisz mi, iż od kilku miesięcy jestem z dnia na dzień coraz bardziej monotematyczny i za czym tęsknimy tak jak lepiej wcale, studiuje w Warszawie lub…

Właśnie. Nigdy mi nic o Niej nie mówiłeś.


  • RSS