wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2004

XLII. Dom

2 komentarzy

Łóżko już trochę inne, a jednak w porównaniu z tym krakowskim wciąż nie ma porównania. Wszystko wyprane, wymienione poszewki, śnieżnobiałe prześcieradło, zapach proszku do prania. Trochę to jakby sztuczne, takie z pralki powyciągane, ale… Zasnąłem szybko, śniłem mocno, obudziłem się jako ja, a to od dawna mi się nie zdarza. Przed snem jadłem kluski z solą i piłem herbatę, bo u siebie nie mam już herbaty, skończyła się. I jogurt zjadłem, bo u siebie nie mam jogurtów – z Januszem uznaliśmy, że do minimum musimy ograniczyć burżujskie wydatki, nowobogackie szaleństwa, co jemu udaje się doskonale, ja jednak wciąż wracam do domu z coraz to nowszymi książkami, a to z kupioną w podziemnym tunelu Liryką polską, a to z tomem Brzoski odnalezionym w jakimś nieznanym mi wcześniej antykwariacie, gdzie tyle książek, a tak mało pieniędzy w kieszeni. I mama pytała się mnie dlaczego nie poszedłem dzisiaj na zajęcia, bo się przyznałem ładnie i mamusi i tatusiowi, że synek obudził się o 9.45, czyli o godzinie, w której zaczynał w czwartek zajęcia i synuś, jak za starych nie zawsze dobrych przecież czasów, patrzył na swoich rodziców smutnym wzrokiem proszącym o przebaczenie, po czym powiedział: To mama tak ze mną!? Ja tu jadę do mamy 700 kilometrów, a mama do mnie z pretensjami?! Wsiadam i jadę z powrotem! I śmialiśmy się, więc nachyliłem się do mamy i pocałowałem ją trzy razy w policzki, a mama mówi: Jaki ty ładny jesteś w zaroście!, więc nie mogłem pozostawać dłużnym i odparłem: Mamo, pomidory mi spleśniały. Mama znowu się zdenerwowała, więc ja znowu, że 700 kilometrów i znowu było dobrze, bo przecież, jak to lapidarne i trafnie ujął Szymon Selawiński: Grzesiu, ty opanowałeś do perfekcji sztukę szantażu psychicznego. Potem przyszedł M. i mówił: Grzesiu, jakie ty masz długie włosy! Więc zrobiłem sobie jeszcze jedną herbatę i kończyłem kluski wykrzykując co chwilę ku uciesze całej rodziny: O, i takich klusek to też tam nie mam! A keczup, to mama myśli, że ja tam mam!? Wie mama ile kosztuje keczup w Krakowie?! No wie mama!? A sól mama myśli, że ja tam mam!? Żadnej soli nie mam! A herbatę taką z Indii to myśli sobie mama, że mam?! Wie mama ile kosztuje herbata w sklepach kolonijnych?! Oni tam za wstęp nawet opłatę pobierają!
W pokoju na górze trochę inaczej – mniej książek, za to więcej tych, co niepoukładane; pluszowy miś od Neli powieszony na ścianie jakby smutniejszy, jakby coraz bardziej samotny, chociaż wcześniej miał tylko mnie; pościelone łóżko, co przecież mnie, gdy tutaj żyłem, nigdy się nie zdarzało i porządek na biurku, co też nawet z racji Wigilii nie miało miejsca. W prawym rogu wciąż radio – w radiu mówi Piotr Kaczkowski, którego głosu nie słyszałem od ponad miesiąca. Chyba poczułem, że jestem u siebie.
Wstałem dzisiaj po południu i nie pościeliłem łóżka. Włączyłem komputer i zacząłem słuchać muzyki, zacząłem sobie śpiewać te wszystkie piosenki dla przewrażliwionych pojebów. I wysłuchałem Radioheady wszystkie, Starsailory, Muse’y i Interpole. Zajadałem łazanki, a potem jeszcze zjadłem jogurt, bo mama dzisiaj mi też kupiła. Jadłem, słuchałem. Myślałem, że jeszcze tylko jednego mi brakuje. I jeżeli „to jedno” czyta teraz te słowa, jeżeli „to jedno” skończyło już oglądać misie w zoo, niech wie, że, bez względu na to jak długie, jak krótkie są „tego jednego” włosy, bo nie za włosy przecież „to jedno” kocham, to niech wie, że to do Ciebie właśnie mówię to wszystko, że te słowa do Ciebie ślę, Ciebie o Ciebie proszę tymi słowami.

XLI. Romans

2 komentarzy

Jak nagły, wiosenny poranek gdzieś w samym
środku dusznego, upalnego dnia. Albo jak
parę chwil z dzieciństwa, wyrwanych z kontekstu
i przemyconych przez pilnie strzeżone granice
dorosłego życia. Właśnie tak. Jakby to wcale
tak naprawdę nie był romans. Tylko zaległe,
odrabiane po kryjomu lekcje. W jego dłoniach,
zupełnie jak kiedyś podczas zabawy w doktora,
ciało wróciło do niej, z długiego wygnania
w mglistą, senna nieczułość. Na jej skórze
roiło się od iskier, które szczypały go w język,
niczym bateria wyjęta z latarki. Landrynki
jej sutków były słodkie i twarde, i za nic
nie chciały się rozpuszczać. Potem usta,
jak ze szminki wziętej mamie, z pocałunków
trzeba było wytrzeć. Dotyk z dłoni zdjąć,
tak jak za duże rękawiczki. Jakby to wcale nie
był żaden romans. Tylko spóźnione, odrabiane
po kryjomu lekcje. Że kto daje i zabiera,
ten się potem poniewiera w swoim piekle.

XL. Nie mów mi

3 komentarzy

Nie mów mi o Nim, on nie jest mi do niczego potrzebny. Wiesz dobrze, że marzę o pojedynku z nim, że chciałbym go spotkać i zapytać dlaczego Cię kocha. Wiesz dobrze, że chciałbym, by zdzieliła go przez łeb ta latająca kamera na koncercie z okazji Dnia Papieskiego. Wiesz dobrze, że to nie Ty tak naprawdę rozpierdoliłaś mi wakacje i jeszcze wiele miesięcy po nich, lecz on właśnie.
Nie mów mu o mnie. Wcześniej zasłużysz sobie na cztery tomy erotyków elegijnych, niż on zasłuży sobie na to, by móc słuchać chociażby oszczerstw i kłamstw o mnie. Nie chcę, by wiedział, że ja jeszcze żyję. Najpewniej ucieszyłby się z faktu mojego nieistnienia – powiedzmy więc, że idę mu na rękę.
Nie mów mi, że Grzegorz, rozmawialiśmy o tym już wielokrotnie.
Nie mów mi, że Grzegorz, nie chcę już o tym więcej rozmawiać.
Nie mów mi o tym, że Ty też mogłaś się wkurzyć moimi smsami, bo przecież nie bawimy się chyba w dzieci z piaskownicy, które zdzielają się po głowach łopatkami i żadno z nich nie przestanie jako pierwsze.
Nie mów mi o tym, że chcesz zostać moją przyjaciółką. Przecież wiesz, że to tylko oszukiwanie samych siebie, a nie o to nam chyba chodzi, nie po to stworzyliśmy siebie razem, by teraz udawać starych, dobrych znajomych.
Nie mów mi o tym, że musisz już iść – po prostu zostań ze mną.
I przede wszystkim nie mów mi, proszę cię, nie mów mi przede wszystkim: „Nie KM, Grzegorz”. Nie mów mi: Nie oddychaj, Grzegorz, nie pij wody, nie załatwiaj swoich potrzeb fizjologicznych, podetnij sobie żyły, otruj się i powieś. Już lepiej nic nie mów, moja mała dziewczynko…
Nie mów nic i pozwól mi na Ciebie patrzeć. Daj mi. Daj mi się dotknąć, daj mi się kochać, daj mi siebie.

XXXIX. Mów mi

Brak komentarzy

- To jedźmy do najdroższej restauracji, każmy sobie podać kawioru i szampana i bawmy się, jak nasi rodzice przed tymi wszystkimi wojnami, lekkomyślnie, sentymentalnie i bezpiecznie, w złym guście, ze łzami, księżycem, wśród oleandrów, dźwięku skrzypiec, miłości i morza. Chcę marzyć, że będziemy mieli dzieci, ogród i dom, że ty zdobyłeś paszport i przyszłość; ja dla ciebie poświęcam wielką karierę, kochamy się dwadzieścia lat i jesteśmy zazdrośni o siebie, zawsze jestem równie piękna dla ciebie i nie sypiam, kiedy cię nie ma nocą w domu i… – Łzy spływały po jej twarzy. Uśmiechnęła się. – Widzisz, ukochany, to wszystko właśnie jest w złym guście…

XXXVIII. Łzy w lustrze

1 komentarz

Przyszedł do mnie M. i opowiadał mi o M. Jakby czekał na mnie cały ten miesiąc, te ponad trzydzieści dni, by móc mi to opowiedzieć, gdyż wiedział, że dobrze go zrozumiem, że wiem dobrze. I mówił – że go nie kocha, że czasami myśli, że go kocha. Że czasami dostaje znaki, że już nie wie o co chodzi, że innym razem jest oziębła, nie odzywa się, nie odpuszcza sygnałów, udaję tę, która w ogóle go nie zna. Że przyjaźnią się, owszem, i nawet M. jest z tego zadowolony i za nic w świecie, by tego nie zamienił, bo bardzo mu na niej zależy, ale to wszystko to nie to jest, że on by chciał się jeszcze przytulić, chciałby… Że ten jej Ł. to głupi kutas jest. Przypominam mu wtedy jak już dwa lata temu stanąłem przed nim na jednej imprezie i patrząc mu się w oczy powiedziałem do niego, a powiedziałem tak, bo były to piękne, mroczne czasy, w których Grzesiu chciał Leaving Las Vegas i Grzesiowi na niewielu rzeczach wtedy zależało, Grzesiu tylko chciał zostać poetą przeklętym w weekend, więc stanąłem wtedy przed Ł., a na pewno nie stałem przed nim wtedy prosto, i powiedziałem do niego: Spierdalaj stąd. Pamiętam, że w tamtej chwili Ł. zapragnął mnie zabić, co niechybnie by mu się udało, gdyby nie MiKo, Ugo i Seba. I M. cieszy się z tej historii, co mu ją opowiadam i mówi mi, że on to dopiero teraz poznał jaki on jest naprawdę, więc mówię do M.: Zabij go. A M. mówi, że nie będzie podejmował aż tak drastycznych kroków. Mówię mu, że żadne drastyczne kroki, że już starożytni stawiając pomnik Atenie nucili sobie pod nosem „Miłość ci wszystko wybaczy”, że żadne drastyczne kroki – powtarzam – miłość zaledwie. W pewnym momencie M. zapytał się mnie: Czy to nie jest, Grzesiu, tak, że my się obaj po prostu łudzimy, że wymyślamy sobie nie wiadomo co, a one tak naprawdę mają nas głęboko w dupie i są szczęśliwi ze swoimi facetami? Odpowiadam: M., ja to wiem. Pyta: I jak ty z tym możesz żyć. Odpowiadam: Nie mogę. Pyta mnie jeszcze o to czy są jakieś szanse według mnie. Odpowiadam, że one zawsze wybierają to, co pewne, sprawdzone i bezpieczne. Poczułem się w tej chwili jakbym reklamował podpaski albo jeszcze lepiej prezerwatywy. Zapomniałem o przymiotniku „tanie”, bo ja dobry chłopak czasami jestem. I mówię mu to wszystko i podobno mówię do M. o jego M., ale gdybym mówiąc o tym, że zawsze wybierają pewnych, sprawdzonych i bezpiecznych, poszedł do łazienki, to w lustrze patrzyłbym na łzy w swoich oczach i to wcale nie oznacza, że tak wzruszyła mnie historia M…

Zapatrzył się w bladą twarz, ledwie widoczną w ciemnościach. Istotnie, było coś z prawdy w jej słowach.
- Zawsze tak było – mówiła dalej – zawsze. I wtedy zjawił się ktoś, kto mnie potrzebował, nikogo prócz mnie, całkowicie, na zawsze i bez żadnych komplikacji. Śmiałam się, nie chciałam, bawiłam się nim, to wyglądało tak bezpiecznie, ciągle mi się zdawało, że mogę skończyć, kiedy zechcę, i nagle stało się to czymś więcej, jakimś musem, który we mnie tez się zbudził. Opierałam się i nic nie pomagało, nie pasowałam do tego i nie wszystko było we mnie pożądaniem, tylko jakaś część, ale to mnie wciągało jak obsuwanie się ziemi, z którego najpierw się człowiek się śmieje, a potem nic już nie ma wkoło, żeby się mógł zatrzymać, i nie może się bronić. Ale moje miejsce nie tam, Ravic, ja należę do ciebie.
Wyrzucił papierosa przez okno, niedopałek leciał jak świętojański robaczek, spadając na podwórze.

[notka usunięta]*

Czekajcie

4 komentarzy

a (być może) będzie Wam dane.


  • RSS