wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

[apel]

12 komentarzy

Napisałbym dużo, bo mam kilka spraw. Ale nie mam jak. Ani komputera, ani Internetu. Może by ktoś krakowski chciał mnie na chwil kilka wypożyczyć i posadzić przed swoim komputerem?

Mówię kc w kd. Nieustannie powtarzam kc w kd. Do ciebie mówię, mała. Nie robisz żuka na żądanie, tym bardziej nie robisz go teraz, w chwili gdy kc w kd. Mówię kd w kd, a ty za każdym razem maczasz swoje usta w kielichu moich ust i to jest właśnie nasza Pierwsza Komunia, której nie potrafimy oddzielić od Pierwszego kroku w chmurach.

- Pan coś powie, bo smutno.
- Ale ja ńje mam nic do powjedzenia – patrzymi sobie mętnie w oczęta, a po dłuższej chwili Iwan pyta – Płotrafisz zrozumjić?

/czasami wolę nic nie mówić/nie odpowiadać/nie być/na bieżąco/wydarzonym/

Zrobić wyważony łyk ciepłego popołudnia i przyjmując
azymut na twoje ciało być na taką odległość która pozwoli
trzeźwo narysować kalendarz świeżych jak krochmal zdań.
Zdań nie będących chwilowo miodem ale strukturą słów
ubranych w poplamione kaftany po niezbyt udanej operacji.
Operacji mającej na celu oddzielenie czystych tkanek
od takich w których wygrawerowano stygnące w gardle
jak ołów słowa złe zdarzenia cierpkie i historie wstydliwe.

Choć faktycznie nikt do nikogo nie może należeć
uprawiamy ten klej jak podarowane kiedyś pluszowe drzewko
szczęścia. Mieszamy nawóz i by było piękniej podlewamy gnojem.
I oto ze ściółki naszych ciał wyłania się roślinka o refrenach
pięknych jak dziecko ale kolcach chytrzejszych niż baśniowe lisy.

Przeżywam teraz jak nigdy tę dedykację którą uczyniłaś
moją noc ciemniejszą od oka studni. Ubrany w tę wrodzoną
możliwość rozstrzygnięć stawiam pasjanse takich kompromisów
które dla nas są tylko prawdziwe. Które łączą nas jak skóra.
Słowa.

bardzo źle i niedobrze
I. Śniadanie. Jajecznica, suchy chleb, herbata malinowa.

- Rozmawiałem z nią w końcu, babciu…
- No, widzisz, a się tak bałeś!
- …dużo rozmawialiśmy…
- Widzisz, synku, to wszystko można, a nie zaraz, że się już nie znacie.
- …o miłości i innych demonach…
- O miłości też? No, to że o miłości to już było zupełnie zbędne.

II. Obiad. Łazanki, suchy chleb, ketchup, zimna kawa zbożowa.

- Czemu babcia mówiła, że niepotrzebnie z nią rozmawiałem o miłości?
- No czemu?!… Nie chce. Jak nie chce, to niech się w dupe pocałuje, a nie gadać o miłości wtedy jeszcze.

III. Kolacja. Łazanki, bigos, ketchup, suchy chleb.

- Ale to nie jest chyba do końca tak, że tylko on. Bo ona mówi, że mnie też bardzo lubi.
- Ten, który kocha lepiej, tego ona wybierze – odpowiada babcia po krótkim namyśle.

IV. Pogoda w telewizji. Kubek gorącej kawy zbożowej.

- To się, babciu, nie zgadza, co babcia mówiła przed chwilą.
- Ja myślę, że tak jest. Wybierze tego, który kocha ją lepiej. I ci mówiłam już, że nie jeden kwiat, tylko cały świat. Nie jeden kwiat – ale cały świat. Tak, tak! Cały świat, a nie jeden kwiat – powtarza babcia i zanurza wzrok w telewizorze.

Opiszę dzień.

I. Wkurwianie

Po północy Dziki skończył oglądać na moim komputerze Dzień świra, jako że Dziki był u mnie w gościach, a nie oglądał nigdy filmu Koterskiego, który polecałem mu przedstawiając jak Adaś Miauczyński wkurwia się na to, że Polacy niepoprawnie akcentują niektóre wyrazy. Połączyłem się z netem, by zapoznać się z mejlem totalno-apokaliptycznym jak go określiłem wstukując numer tepsy. Najpierw zagadał do mnie Ciechol i z radością oznajmił: „Dodałem cię do GG, skurwielu!”, następnie poprosił bym Dzikiemu od niego penisem przejechał po czole ze dwa razy, potem powiedział, ze słyszał, ze byłem w budzie i że schudłem, i że słyszał że teraz chodzę w gejowskich, obciśniętych bluzeczkach i pytał czy tę modę sprowadziłem tutaj z Warszawy bo w takiej bluzeczce Bralczyk wystąpił i kazał mi mówić do siebie per Juliusz. Ciechol szybko zakończył rozmowę wynajdując doskonały pretekst – mam podobno za mało owłosioną klatę, by ze mną rozmawiać. Następnie zapoznawałem się. Dziki się wkurwiał i wkurwiał: Jeśli jakiś jebany mejl jest dla ciebie ważniejszy ode mnie, od rozmowy ze mną… Czytałem i się wkurwiałem – na list, na Dzikiego się wkurwiającego, na Dzikiego, którego wkurwiał mój pies nie dając mu się położyć, by spokojnie poczytać na łóżku wywiad z Kołakowskim, który wkurwiał Żakowskiego nie chcąc z nim rozmawiać o seksie. Chodziłem po pokoju, czytałem raz jeszcze, dotykałem guzików telefonu komórkowego. Niczego nie rozumiałem, nic mi się nie zgadzało – czytałem, przeklinałem, wzruszałem się, uśmiechałem, rozmarzałem, wkurwiałem. Dziki się na mnie wkurwiał, ja byłem wkurwiony. Pies miał wszystkich w dupie – polizał mnie w lewą rękę i poszedł spać na miejsce przeznaczone dla Dzikiego.

II. Wstawanie

Więc najpierw byłem top-modelem z fotogenicznymi stopami grającym w reklamówce. Grałem w reklamie obuwia i, nie wiedzieć czemu, były to buty włoskie. Mieliśmy nakręcone już ponad połowę materiału, gdy podszedł do mnie reżyser i nie znającym litości głosem powiedział: Zwalniam pana. Zaskoczony, nie mogąc zrozumieć tej decyzji, na granicy płaczu, zacząłem się jąkać: Jak to? Ale dlaczego?! Co zrobiłem źle? Za co?… Reżyser przeczekał moją jąkaninę pytań, po czym odpowiedział: Ma pan za długie ręce.
Następnie byłem w hipermarkecie. I Piotrek. I Ona. Umówiliśmy się, że będziemy się ścigać, będziemy biec tym hipermarketowym labiryntem. Kto pierwszy dobiegnie do działu dywanów – wygrywa. Ona bardzo nie chciała się na to zgodzić i ze łzami w oczach kazała nam przestać mówiąc że zachowujemy się jak dzieci, jak para idiotów, zagroziwszy jednocześnie na wypadek niezaprzestania przez nas w tej chwili odejściem od nas obu i pójściem sobie stąd. Odliczyłem do trzech i czterech – bardzo się starałem jednak dwanaście centymetrów dłuższe nogi spowodowały, iż jego dłoń była tą, która dotknęła tkaninę dywanu jako pierwsza. Jego palce oplotły jej delikatną dłoń, na ich twarzach wystąpiły uśmiechy. Oddalali się ode mnie, ode mnie siedzącego nieporadnie między zwałami dywanów sprowadzanych z wszystkich stolic europejskich.
Babcia zawołała nas na śniadanie, które zjedliśmy pośpiesznie. Popędziliśmy na przystanek autobusowy, by udać się następnie do miasta powiatowego Kościerzyna. I, pomijając może sześć złotych i sześćdziesiąt groszy wyrzucone do autobusowej kasy fiskalnej, to już nie był koszmar, to już nie był żaden z tych snów tak trafnie oddających, komentujących zbyt jawną rzeczywistość.

III. Wędrowanie

Na pierwszym przystanku wsiadła Karolina, którą zapytałem jak się czuje i czy czuje się dobrze. Udzieliwszy mi wyczerpującej odpowiedzi Karolina zapytała się mnie jak się czuję i czy czuję się dobrze. Udzieliwszy jej wyczerpującej odpowiedzi pogłaskała mnie po coraz dłuższych włosach na mojej głowie. Poprosiłem ją o wydanie wyroku w sprawie mej niepewnej przyszłości – wspomniawszy coś o spontaniczności opowiedziała mi zakończenie filmu pod tytułem Osada.
Dziki przypatrując się naszym rozgadanym, co raz zmieniającym wyraz twarzy, gębom, postanowił po raz wtóry tej doby, iż najlepszym rozwiązaniem będzie wkurwić się. Tym sposobem dotarliśmy do miasta powiatowego Kościerzyna.

IV. Wędrowanie – c.d.

W mieście powiatowym Kościerzyna wyciągnąłem pieniądze z konta mojego ojca. W mieście powiatowym Kościerzyna udałem się z Dzikiem na pizzę z cebulą, pieczarkami i czyms co się nazywa podobnie do origami; i jeszcze z salami, co było przyczyną zgryzoty wewnętrznej wygłodzonego trasą Liniewo-Kościerzyna Dzikiego, jako że dzisiaj piątek – dzień wegetarianizowania wszystkich chrześcijan. W mieście powiatowym Kościerzyna udałem się do antykwariatu, gdzie, jak się okazało, nie sprzedaje się już książek z tzw. literatury pięknej; mogłem za to zakupić sobie tysiące podręczników przyrody do podstawówki, chemii do gimnazjum i matematyki do liceum. W mieście powiatowym Kościerzyna spotkałem swoją liniewską sąsiadkę, której w Liniewie, mimo ze dzieli nas kilka metrów, nie widziałem od kilkunastu tygodni; moja liniewska sąsiadka zadała mi frapujące mnie do tej pory pytanie: A co ty tu…?!; niestety, po raz kolejny w tych jakże trudnych dla mnie dniach nie potrafiłem udzielić odpowiedzi na zadane mi pytanie. W mieście powiatowym Kościerzyna odwiedziłem siedzibę Telekomunikacji Polskiej S.A., w której to chciałem zmniejszyć pakiet internetowy z godzin 30 do 5, jako że wyruszam do Krakowa, a rodzina moja raczej niezinformatyzowana, jednak kolejki uiszczających opłaty i wykupujących neostrady mongołów skutecznie odciągnęły mnie od tego kastracyjnego zamierzenia. W mieście powiatowym Kościerzyna udałem się do mojego ex-liceum, gdzie po raz kolejny kilkanaście osób stwierdziło, że schudłem, kilkanaście złożyło gratulacje, a kilkadziesiąt zapragnęło mojej śmierci, co stwierdzam na podstawie ich wrogich ocząt wpatrzonych w moją skromną osobę; polonistka P. mijając mnie na korytarzu: Witaj, mistrzu…
-Bez przesady, proszę pani.
-Jeszcze nie mistrzu?, pyta zdziwiona.
-Jeszcze musi pani poczekać chwilę, może kilka miesięcy do pół roku, powiedzmy – mówię i uśmiechamy się do siebie; dyrektor Ch. poopowiadał mi to jak ciężkie i upokarzające jest bycie dyrektorem szkoły, jak wiele kosztuje to wyrzeczeń i jak niewiele z tego wszystkiego zysku, pościskaliśmy sobie dłonie i obiecaliśmy, że będziemy w razie czego w kontakcie; polonista K. ze smutkiem stwierdził, że w ogóle go nie zauważam i że chudnę w oczach i co tam u mnie słychać w ogóle, zapytał, więc mu poopowiadałem o Pascalu, a on opowiedział mi o pewnej pani doktor co wykłada a jej poziom intelektualny poniżej przedszkolnego i skonkludowaliśmy, że to jest niewiarygodne i niedopuszczalne, ale w tym naszym nieszczęsnym kraju można się i do takich rzeczy przyzwyczaić; pani sprzątaczka bardzo uśmiechnięta na mój widok, więc jej powiedziałem, że jeszcze tylko trochę, a wracam tutaj do szkoły i się zatrudniam razem z paniami do sprzątania; spotkany w drzwiach szkoły Bobek zaczął od pretensji, że czeka i czeka i doczekać się nie może, a ja jak opinii o jego opowiadaniu mi przesłanym nie napisałem, tak jej nie napisałem, więc mrugając swymi oczętami wytłumaczyłem mu pośpiesznie, że opowiadania, owszem, owszem, przeczytałem, jak najbardziej, tylko natłok zajęć nie pozwolił mi jeszcze napisać ci tych kilku słów, ale obiecuję, że to się w najbliższym czasie zmieni; na pierwszy piętrze na korytarzu Nela – przytulańce, szybka wymiana kilku zdań i nieustannie powracający temat naszego wspólnego nie-pójścia na kawę, na którą miałem z Nela udać się jakieś pół roku temu bodajże, ale przecież nie jest łatwo pójść ze mną na kawę; na parterze Isia, której bardzo nie podoba się to, że od długiego już czasu nie piszę do niej mejli, a jeszcze bardziej nie podoba się jej to, iż nie poszedłem z nią jeszcze na obiecaną kiedyś-tam herbatkę, ale przecież nie jest łatwo pójść ze mną na herbatę; najwięcej czasu, najwięcej słów jak zwykle poświęciłem swojej polonistce K., z którą to rozmówiłem się nad wyraz osobiście opowiadając o dawnych przyjaciołach, o teraz robią fotografie cyfrowe, o dawnych przyjaciółkach, co to się w nich odzywają coraz uporczywiej instynkty macierzyńskie i wołania o pierścionek zaręczynowy, o Magach, które odchodzą szybciej niż się pojawiają nie dając nawet natchnienia na cykl perwersyjnych erotyków czy zbiorku przewrotnych opowiadanek z zaskakującymi pointami o wędrowaniu nocną Warszawą i tak opowiadając o sobie, o intensywności mojego życia w ostatnich miesiącach, o wszystkich osaczających mnie bohaterach dobrych i złych doprowadziłem do tego, iż polonistka K. podwiozła mnie swym Saabem do samego centrum miasta doprowadzając tym samym do zakończenia moich szkolnych odwiedzin. W mieście powiatowym Kościerzyna zapragnąłem zapłacić za komórkowe rachunki ojca w Erze, jak się jednak okazało nie ma takiej możliwości w ich salonie, gdyż pieniądze za rachunki telefoniczne mogłem spokojnie uiścić w poczcie czy też banku znajdującym się w mojej wiosce i niepotrzebnie pan aż tutaj z tym przyjechał – Chyba, że nie tylko w tej sprawie pan przyjechał do Kościerzyny? Nie, chciałem jeszcze przejechać się autobusem, bo dawno tego już nie robiłem, a sprawiało mi to zawsze wielką frajdę, a wie pan jak to jest z rzeczami, które sprawiają nam przyjemność i prowadzą na wyżyny rozkoszy – jak się raz skosztuje, to nie sposób bez tego się obejść, prawda? W mieście powiatowym Kościerzyna zakupiłem Politykę, której zakupić nie udało mi się w kiosku liniewskim, jako że kiosk liniewski napalił się na wspomniany już wywiad z profesorem Kołakowskim, w którym zacny staruszek opowiada o seksie aż tyle, że nie będzie o nim opowiadał, co jednak wystarczyło do wyczerpania nakładu Polityki w kiosku liniewskim i to już w środowych godzinach porannych. W mieście powiatowym Kościerzyna nie kupiłem po raz kolejny Literatury na Świecie, jako że pani w kiosku powiedziała mi, iż nie dostają czegoś takiego i ona nawet o tym nie słyszała nigdy, mimo iż wiem dobrze, że coś takiego dostają, bo zdarzało mi się w tym właśnie kiosku Literaturę na Świecie zakupywać i wędrować z opasłą książeczką do ogólniaka, co wypełniało mą próżną duszyczkę dumą, że oto patrzcie maluczcy – ja, Grzegorz Wysocki, idę z Literaturą na Świecie pod pachą, a wy, maluczcy, którzy nie wiecie, co czynicie, nawet z Faktem pod ręką wyglądalibyście nieporadnie i nieestetycznie, o, maluczcy! W mieście powiatowym Kościerzyna udałem się do kawiarenki internetowej, by czytać nowe notki na Jej blogu, myśleć o tym, co powiem, gdy się z Nią spotkam za kilka pytań i czy powiem coś w ogóle i czy nie będę chciał zastąpić dialogu łączeniem oddechów, odnajdywaniem się ust i łagodną walką gryzących się warg na co ona oczywiście mi nie pozwoli, a z czym ja nie będę potrafił się pogodzić; udałem się do kawiarenki internetowej także po to, by przysłuchiwać się krągłym przekleństwom nie schodzących z ust moich młodszych kolegów grywających w kawiarence w CS’a, co było niespodziewanie interesującym uzupełnieniem i tłem dla wyżej wspomnianej lektury.

V. Wracanie

Wbiegłem w autobus, który właśnie odjeżdżał. Kupując bilet, ktoś woła z tyłów autobusu zdrabniając przy tym moje imię. Flim, rok młodszy kolega z Ekonomika. Woła, że zajął miejsce, że ma do mnie interes. O, niedobrze, myślę sobie. Okazuje się, że Flim chce, że Flim pragnie, że Flim żąda bym mu opracował temat na maturę ustną, który traktuje o motywie maski i drugiej tożsamości w literaturze na przełomie epok. Pojebało cię, Flim, mówię, a Flim patrzy na mnie z wysokości swojej, jako że Flim dużo wyższy jest ode mnie wysokiego i mierzy mnie złowrogo wzrokiem, więc czym prędzej dodaję, że chodzi mi o to, iż wybrałeś, Flim, bardzo pojebany temat, a przecież masz tutaj tyle dla ciebie ciekawszych jak na przykład miłość w literaturze, muzyce i filmie, albo weźmy taką Biblia jako natchnienie i inspiracja dla twórców przyszłych epok. Flim stwierdza, że jo, tedy ja to jutro zmienie w szkole z rana. W dalszej drodze zająłem się lekturą jednego z kolorowych tygodników warszawskich, a konkretniej wywiadu z psychoanalitykiem tam pomieszczonym. Na krótką chwilę przeszkodził mi w tym sms od koleżanki z okolic Opola radzącej mi bym był silny, bym niczego nie żałował, bym główkę do góry podnosił, bym myślał, że to wszystko co było, było wyjątkowe i to była kolejna rzecz, która spowodowała, ze tego dnia wymyśliłem sobie w główce, którą mam kierować ku górze, kolejne nieprzyzwoite słowo. A już w sklepie w Liniewie to sobie kupiłem taką bułkę słodką z makiem, bo sobie kupił taki chłopak, co wysiadł z tego samego co ja autobusu i jak wyszedł ze sklepu z ciastkiem z makiem to sobie zamarzyłem o tym, by móc powiedzieć niczym obcokrajowiec grający w filmie scenę w restauracji: Poproszę to samo, co ten chłopak przed chwilą. Tak też zrobiłem i z ciastkiem z makiem w dłoni, a następni w żołądku otworzyłem drzwi swojego domu, w którym i babcia chroniąca swą twarz w dłoniach: Tyle czasu on spędził w mieście, tyle czasu!…, i pięcioletni kuzyn powtarzający nieustannie słowo „Pitek”, i obiad podgrzewany na patelni, który był tak smaczny, że już nie pamiętam co na ten obiad było. Naprawdę.

VI. Wylegiwanie (się)

Po obiedzie zrobiłem sobie kawę, a robiąc sobie kawę pomyślałem, że zaszaleję sobie i wyszukałem sobie z maminych mebli elegancką małą filiżankę z niebiesko-białymi wzorkami, a z kuchennych szuflad wydobyłem pozłacaną łyżeczkę. Zaszalałem, gdyż normalnie pijam kawę z prawiepółlitrowego kubka (kubła właściwie), który nazywam po naszemu bachrem, a cukier mieszam pierwszą lepszą łyżeczką jaka znajdzie mi się pod rękę. Z filiżaneczką, ze spodeczkiem do kompletu pod filiżanką i pozłacaną złotopodobną substancją łyżeczką (bo przecież nie prawdziwiezłotą, jakżeby tak można. Bez zapowiedzi?:) udałem się na górę do swojego pokoju, z którym powoli powinienem się już żegnać. Filiżaneczka na biurko, moje ciało na fotel. I odnotowuję, co następuje w dalszej części mojego dnia: ulubiony z moich tygodników na stronie 64 donosi: „Pokarz mi, co wyrzucasz, a powiem, ci kim jesteś”; mało tego – ten sam tygodnik na stronie 72 donosi: „wystarczą bowiem atrapy broni czy perfekcyjnie do pracowane mundury”; ale i tego mało – na stronie 76, jakżeby inaczej, tegoż tygodnika donoszą: „Wystawę zdjęć artystki można zobaczyćw L.A.Galerie”. Stopka redakcyjna donosi mi, iż ów tygodnik w dziale korekty posiada troje pracowników, z których jeden jest nawet Szefem. Z kolei nawet tak durny program jak MS Word donosi, iż korekta w tym tygodniku zajmuje się najprawdopodobniej poszukiwaniem kamienia filozoficznego, nie wspominając już o mankamentach, które wyszukuje pośród szpalt tak zawodny instrument jakim jest wzrok Grzegorza Wysockiego, który postuluje niniejszym, by zatrudnić go w korekcie tego tygodnika za połowę pensji trafiającej do ręki pani figurującej w stopce jako Szef korekty… Patrzyłem na śmieci hollywoodzkich gwiazd i nie wiem czy przyniosło mi to pocieszenie, w każdym bądź razie nie pomyślałem sobie wcale o tym, iż od tej chwili muszę uważać na wyrzucane przez siebie śmieci. Pomyślałem za to o tym, iż przydałby mi się wreszcie śmietnik w moim pokoju – w końcu mieszkam tutaj już dziesiąty miesiąc, a śmietnika jak nie było, tak i nie ma, a przecież osiemnaście lat w starym mieszkaniu nauczyło mnie współżyć ze śmietnikiem na co dzień, więc dlaczego teraz, w nowym mieszkaniu, od tylu miesięcy już z koszem pokojowym nie współżyję? Jako, że myślenie i czytanie to dwie nieodłączne czynności mojego życia, powróciłem do lektury mojego wciąż ulubionego tygodnika i nawet recenzje książek nie pozwoliły mi przestać myśleć o tym, co w czasie teraźniejszym jest już w czasie przeszłym: „Podstawowym źródłem problemów są dla tych bohaterów chybione inwestycje w uczucia [I nawet w zakresie stosowanego w tych recenzjach słownictwa – jakby mnei na złosć Nyczek pisze o inwestycjach, a mnie prześladuje nieustannie „nie jestem dla ciebie najlepszą inwestycją, jestem dla ciebie żadną inwestycją”, a przecież od początku w tej rozgrywce wiadome było kto tutaj jest tą żadną inwestycją]. Ktoś się w kimś zakochuje – zawsze jednak za bardzo albo za mało. Albo nie jest w stanie zrozumieć uczuć własnych czy tego drugiego. Jeśli się pobierają, bardzo szybko dochodzi do rozstania, a potem do nieprzyjemnych konfliktów na tym tle. Zaczynają dręczyć siebie i innych. Aż staje się coś, od czego nie ma już odwrotu. Strzelają, duszą albo walą wiosłem po głowie [ciekawe rozwiązanie, ciekawe... się muszę zastanowić:)], zakopują trupa, topią go albo zwyczajnie wychodzą, zamykając drzwi. Niektórzy bardzo długo udają – także przed sobą – że to wszystko nic. I żyją dalej. Tyle że coś zaczyna ich wyjadać od środka i zamieniać w powłoki udające życie.”. Więc, by przestać myśleć, z mocnym postanowieniem lektur książek Patricii Highsmith, zabrałem się za lekturę „Dziennikarstwa i świata mediów”, by utwierdzić się ostatecznie w przekonaniu, że będzie ze mnie taki dziennikarz jaki w chwili obecnej jest kierowca i mechanik samochodowy w jednym, czyli żaden. Myślałem, że szybko się utwierdzę, a jednak teksty w zbiorze pomieszczonym się mnie widzą i wydają mi się tekstami interesującymi. To niedobry syndrom. A z drugiej strony jak pomyślałem sobie, że będą ode mnie wymagać zapamiętania liczby lokalnych tytułów prasowych w województwach południowych w rku 1925, różnic i podobieństw między teoriami jakichś Sapirów, Shannonów i Lasswellów, czy też tytułów będących organami prasowymi sanacji przed rokiem 1930, to mi przeszła wszelka ochota na pisanie ciągu dalszego piątego fragmentu tej notki.

VII. Wchłanianie

Jadłem loda na patyku, w polewie czekoladowej, z orzechami powbijanymi w polewę czekoladową. Lód był duży i gruby, długo się go jadło. Lubię jeść lody w czasie, gdy nikt normalny tych lodów nie je, bo kto normalny jadłby lody tak zimną, jesienną porą. Najbardziej w lodach z polewą czekoladową lubię to, co kryje się pod czekoladową pokrywą, więc najpierw zgryzam całą tę otoczkę, by przejść następnie do białego, śmietankowego, śnieżnego wnętrza. Ale nie udaje mi się to za bardzo, zgryzam czekoladę z góry, a za moment nie ma już górnej warstwy podczekoladowej, zgryzam więc czekoladę ze środkowej części loda obiecując sobie, że białe pozostawię na koniec, a jednak już po chwili nie ma tez białego z części środkowej. I tak jakoś to wszystko idzie, się dzieje. Byle do patyka, byle do wiosny. A pies patrzy się na mnie tym swoim łaknącym, proszącym wzrokiem i zawsze taką we mnie tym swoim patrzeniem łaknącym litość wzbudza, że rzucam mu na sam koniec papierek po lodzie, który zostaje rozszarpany kłami w ciągu kilku sekund i niczego to nie zmienia w naszej sytuacji – pies szczeka dalej, prosi mnie o jednego liza, ale jak ja ci piesku mogę dać liza, kiedy takie dobre, więc jem dalej i to moje jedzenie jest jednocześnie pastwieniem się wołającym o pomstę do organizacji praw zwierząt.
Postanowiłem sobie zrobić w kuchni herbatę i robiąc sobie tę herbatę myślałem – robię sobie herbatę, żeby mieć o czym pisać na blogu, gdyż o tej porze miałem już w głowie pomysł na notkę opisującą mój dzisiejszy dzień. I pomyślałem też sobie o tym, że trzeba napisać o tym robieniu herbaty granulkowanej z czterech łyżeczek, przesłodzonej czyli, więc trzeba o tym napisać dlatego, że o tak podwieczornej porze robię bardziej nic niż robię nic zazwyczaj, niż robię nic normalnie, niż robię nic z rana.
Zrobiłem sobie też dwie bułki, co je znalazłem w szafie. Były miękkie i z co najmniej dwóch dni, jako że dwa dni temu robiłem ostatnie zakupy, ale dałem sobie radę – posmarowałem je margaryną, margarynę pokryłem pasztetem, na pasztecie ułożyłem regularne wykrojone ze słoika skrawki mięsnej, na mięsnej położyłem plastry pomidora, które z lekka posoliłem i solidnie popierzyłem, jako że, co jak co, ale popierzyć solidnie to ja potrafię, o czym wie chyba już cała liczna rodzina patrząca z przestrachem w oczach na pieprzniczkę w moich rękach w czasie rodzinnych uroczystości, kiedy to pozwalam sobie od czasu do czasu przekraczać pewne wewnętrzne bariery i solidnie popieprzyć w miejscach dla rodziny publicznych.

VIII. Wpatrywanie (się)

Poszedłem napalić w centralnym, podkładałem różne śmieci, spaliłem kartonik od mleka „Twój kubek”, który sobie upodobałem ostatnimi czasy i nawet się do tego mleka przyzwyczaiłem, chociaż tak dziwnie na początku dla mnie smakowało, dla mnie przyzwyczajonego przez tyle lat do mleka „prosto od krowy”, paliłem wszystkie paczki po cebulowych czipsach, puszkę po redd’sie, skarpetki, które jakimś cudem rozerwały mi się w czasie meczu piłki nożnej, plastikowe butle po napojach, którymi truję swój organizm. Podłożyłem drzazgą, potem większym drewnem. Czekając aż się rozpali poszedłem na górę, włączyłem sobie telewizor. A w telewizji oglądałem o Lucy, co mi się ani trochę nie kojarzyła z Lucy wyśpiewaną kiedyś przez Nicka Cave’a. Lucy jest niskiego wzrostu i ma ładny zarost. Lucy jest australopitekiem i ma obwisłe piersi. Lucy jest pramatką ludzkości. Lucy wreszcie trafiła do warszawskiego muzeum czegoś tam. Możemy być dumni z Lucy. Tak, pomyślałem sobie, z deficytu osób do kochania i ja mogę kochać Lucy. A w Informacjach Polsatu słuchałem o tym, ze Szamil Basajew przyznał się do zorganizowania zamachów w Osetii i że obwieszczono to na kaukaskich stronach prowadzonych na Litwie, którą to stronę w kilka godzin po obwieszczeniu zlikwidowały władze litewskie. Pomyślałem sobie, że też mogłem się przyznać do zorganizowania tego zamachu, że dlaczego on, a nie ja, że może miałbym już spokój wtedy i oddałbym się w ręce Putina i jego koleżków z oddziałów specjalnych i Putin, by mnie przytulił do siebie i może byśmy poszli razem do łóżka, gdyż jak wiadomo zamierzam od kilku dni zostać homoseksualistą, co wiąże się z moimi ostatnimi niepowodzeniami w rejonach damsko-męskich, a na potrzeby tego tekstu można to nazwać nawet aktem rozpaczy:), pokazaliby mnie w telewizji, na potrzeby tego wystąpienia nawet bym sobie wczoraj nie golił zarostu mojego, co go sześć dni miałem, a na koniec skasowaliby mi moją kaukaską stronę internetową z blogiem. I oglądałem jeszcze napisy końcowe kolejnego Bonda „W służbie Jej królewskiej mości” i wtedy już sobie nic nie pomyślałem… Udałem się do piwnicy raz jeszcze podłożyć do pieca.

IX. Wykańczanie (doby)

Patrzyłem w lustro i w moich coraz dłuższych włosach wyglądam powoli już jak jakiś wokalista brytyjskiej kapeli, co to pije brytyjskie tanie wina, chodzi w obcisłych skórzanych spodniach, a w garderobie posiada komplet lasek zrzucających biustonosze na drgnienie mej krtani. Jeszcze je sobie zafarbuje na najczarniejszy czarny i zapuszczę do ramion, a jak już wszyscy będą mnie kojarzyli z tymi długimi, czarnymi włosami, to się ogolę na łyso i będę siał postrach w Krakowie błyszczącą się w promieniach słońca czaszką. Wyglądałem oczywiście jak jeden z wokalistów tych brytyjskich kapel, którym nikt nie wydaje płyt.
Gdy woda zrobiła się już dostatecznie ciepła, czyli była na tyle zimna, że można było w niej przeżyć jakieś trzy minuty intensywnego namydlania całego ciała i pół minuty szamponowania włosów – wyprysznicowałem się w tempie błyskawicznym krzycząc przy tym sprośne słowa w kierunku natrysku wypluwającego z siebie wciąż przerażająco zimną jak dla mnie wodę. A gdy tak się rozkosznie prysznicowałem w lodowatej wodzie, słuchałem w tle dla lejącej się wody piosenek R.E.M. puszczonych głośno na wieży w drugim pokoju i nuciłem sobie, że Everybody Hurts, a gdy się suszyłem, że Shiny Happy People.
Wciąż mokry, gdyż ja zawsze po wyjściu spod prysznica jestem mokry, mimo iż wydaje mi się, ze osuszyłem się nad wyraz dokładnie, usiadłem przed komputerem i zacząłem pisać tę notkę. Jako pierwszy przerwał mi pies chcący wyruszy na nocny spacer, więc zleciałem na dół w samych bokserkach (w brykające na granatowym tle Tygryski) i otworzyłem drzwi zwierzakowi. Jak drugi przerwał mi sms mówiący o tym, iż proszę zadzwoń, mamy lekcję, zadzwoń jak puszczę ci strzałkę. Jestem – zadzwoniłem pod podany numer i zapytałem się o to z kim rozmawiam, a głos odpowiedział mi, że z tym, co podniósł słuchawkę, a ja, że pan sobie nie robi jaj, bo mi przed chwilą pan napisał, ze mam do pana zadzwonić, a on, że no kto ty wtedy jesteś taki jeden, a ja że Wysocki, a on, że on jest Stachu i tak naprawdę to on ode mnie niczego szczególnego nie potrzebuje w tej chwili.
A przed samą północą wszedłem do netu i porozmawiałem sobie z MiKiem, który przesłał mi linka do zdjęć ze mną samym grającym w piłkę, na których wyglądam jak jaskiniowiec. Więc z braku ciekawszych zajęć MiKo zaczął mi opowiadać o post processingach, a ja mu o Niej, którą on, po tym jak mu opowiedziałem kilka zdarzeń, nazwał „kochaną dziewczyną”, a gdy zacząłem zadawać pytania zawyrokował „no moim zdaniem chce tylko jakaś taka zakręcona jest troszku” i to było bardzo pozytywne zakończenie pierwszej doby, która miała przynieść notkę bez Jej udziału. Nie udaje mi się w życiu:).

idę piję kocham się gram w karty w kości idę gram w kości kocham się gram w karty kocham się idę gram w kości je baise je joue aux des je bois je baise jemarche ich gehe ich wandere idę i nie umieram ando nienawidzę innych cojo je joue aux des żyję echo un polvo żyję i nie żyję piję idę rżnę płaczę i nie płaczę śmieję się i nie śmieję się rżnę piję ide nienawidzę innych nie wierzę w nic gram w kości je marche ich gehe ich wandere nie mogę umrzeć a iogę tylko iść ich gehe ich wandere rżnę i nie umieram rżnę śmierć ando śmierć mnie rżnie cammino je marche je joue aux des ando ando cammino I fuck I screw ich wandere ich gehe I’m walking ich wandere je marche nie mam nazwiska idę nie mam swego języka jeg skruer dove vai jeg knalder I’m going je bois je baise ich bumse a scopare je baise je joue aux des jestem tamtymi jag gar i nienawidzę ich jag knullar je bois je hais les autres i tamtych dwóch fucking them all chciałbym umrzeć i kochac i mieć tylko jedno imię eu como I screw in the afternoon and ich bumse jag knullar I screw in the morning piję słonie i idę myszy żyję eu como eu trepo jeg knolder echo un polvo je vis et je suis les autres je marche je hais les autres et je n’ai pas de nom je bois I’m czas wandering jeg knalder je gram przestrzeń ando jag knullar camino jeg knalder nie nienawidze ich nienawidzę wszystkich I screw je bois je marche gram czas próźnię przestrzeń ich gehe ich wandere czekam cojo koniec świata cojo echo un polvo gorąco always eu trepo zimno pragnienie walking przerażenie bezgraniczne zmęczenie cojo j’attends le froid la soif walking l’horreur une fatigue infinie cojo czekam ide gram w kości I fuck ich wandere i nie mogę umrzeć i lśnię tysiącem płomieni które I screw ich wandere są ogniami piekielnymi je bois chce mi się rzygać je joue chcę odejść I fuck chcę czego innego i fucking in the blue idę i nigdy nie umieram i nie mam ani nazwiska ani języka i rżnę?!! and I fuck and I screw gra w koś id I’m walking and fickin so tired in the blu je march zmęcz roug ich gehe jeg vandrer jeu boua zmęcz oir und je gr ej mar ascop in the des in the screw ejbmadeumierwanerinthescop the scop after Izaaka in the m b m
orn
scre
b
I
I
m
m
Jakbyś mi dała w mordę. Jakby mnie ktoś zakopał żywcem w trumnie. Jakby mnie ktoś zrzucił z wysokości, z najwyższego piętra wieżowca, z którego mogłem lepiej wyskoczyć sam, jak Lechoń. Jakby ktoś przypierdolił mi cegłą z wyrytym na niej napisem „przepraszam” prosto w mordę.

Jak gówno, jak pies, jak nic. Się czuję. Jak powietrze, jak bezwartościowy eksponat schowany w kartonie magazynu muzealnego, jak ścierwo.

Skończyło się. Umarłem. I dalej zdycham

Pokazuję babci jej zdjęcia. Mówię, że wczoraj w nocy się skończyło, babciu. Babcia jak zwykle trafna w swych sądach:
-A sraj na baby!…
Może masz babciu rację. Pytam jeszcze:
-Ładna, prawda?
-No jak to wszystkie dziewczyny ładna…
Ach, babciu… :)

  • RSS