wysocki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Zbyt wiele rzeczy, których tak bardzo nie chciałbym wiedzieć i rozumieć, wiem aż za dobrze i rozumiem zbyt doskonale.

Rozmowa telefoniczna, metafora obecności a zarazem nieobecności drugiej osoby. Rozpaczliwe pożądanie Albertyny rozpoczyna się właściwie od jej telefonu.

I wówczas, gdy nie możemy ciągnąć już telefonicznych rozmów, gdy nie chcemy ich przyjmować, gdy telefonistki nie mogą już nas połączyć, zrezygnowani zapadamy w milczenie i czytamy

Rozmowa telefoniczna jest dla Prousta tym, czym jest dlań pisanie: pasmem nieskończonych (koniecznych, choć znienawidzonych) zapośredniczeń

W rozmowie telefonicznej, ludzie przypisani do różnych miejsc, przegrodzeni od siebie nieprzebytym dystansem, starają się – nadaremnie! – zasupłać sieć, która ich połączy, w którą chcieliby złapać swoją obecność. Rzeczy mają się jednak inaczej, albowiem rację miał Derrida: na początku nie było słowo, ale telefon: figura wiecznego oddalenia, pozornej obecności. Po drugiej stronie telegraficznego drutu, pod pozorem żywego głosu zieje pustka a nam z rzadka tylko przychodzi do głowy, że rozmawiamy z żywymi trupami, chcąc zagłuszyć własne nieistnienie. Telefon to złowrogie narzędzie telepatii, które to słowo, rozumiane w sensie dosłownym, oznacza cierpienie na odległość.
Tak też jest z pisaniem, którego rozmowa telefoniczna jest dotkliwą (bo dotykająca każdego z nas) metaforą. Pisząc, oddalam się od świata pod pozorem jego przyjmowania, zdradzam jego potrzeby, chcąc im sprostać i tym samym włączam się w nieskończoną gromadę chwalców niewierności. Bez niej bowiem panowałaby pełnia, czyli nic, a pisanie to przecież próba przechytrzenia zarówno pełni, jak nicości.

Zbyt intensywnie, zbyt szybko. Zatrzymuję się, rozglądam się na wszystkie strony, jeszcze nie nastąpił ten moment, w którym potrafiłbym ogarnąć wpychającą się na mnie przestrzeń. Jeszcze nie zdążyłem usiąść, uspokoić się, przespać z samym sobą. Wciąż śpię z kimś innym – nieustannie nawiedzasz mnie w nocy i wykradasz ze mnie fragmenty snów, którymi od tak dawna nie potrafiłem, a może tylko nie chciałem się z nikim dzielić. Nie przyciągnąłem do siebie krzesła, nie zasiadłem przed otwartym oknem po to, by patrzeć w przyciemnione szyby śpiących od dawna sąsiadów. Nie ogarniam – nie daję rady. Przerasta mnie wszystko, wszystko ze mną się zrasta, wrastam we wszystko. Jestem wszystkim, wszystko dookoła mnie jest we mnie, a wszystko co we mnie musi mieć swoje miejsce gdzieś na zewnątrz.

Przebudził mnie dzwoniący telefon – przebudzenie tak dobrze znane z pościelowych scen filmowych, kiedy to zostało już tylko jedno z nich, ona lub on, kiedy drugiego już nie ma, kiedy drugie poszło do pracy, wyjechało za granicę, uciekło. Z słuchawką przy uchu obserwuję siebie, słucham głosu, który gdzieś tam musi istnieć, wpatruję się w usta, które muszą się przecież w tym momencie poruszać, w usta, które drgają. Wizualizacja niedostępnych w tej chwili dla mnie ust przynosi kolejne obrazy – wpatruję się w nią, dotykam jej wysuszonych ust, wskazujący palec prawej dłoni wnika w pokryte maleńkimi kropelkami potu fragmenty skóry na jej karku. Przejście dla pieszych, czerwone światło, które zawsze tak szybko staje się zielonym, gdy razem czekamy na dalszy ciąg, na drugą stronę. Winda i garbaty windziarz, którego rutyna doprowadziła do tego, iż nie chce mu się nawet patrzeć w naszą stronę – a przecież musimy wyglądać razem tak, iż chce się na nas patrzeć. Windy tez kończą się zbyt szybko – zdecydowanie za szybko jak na możliwości wyobraźni, zdecydowanie zbyt szybko, nawet jak na podniecenie, które chciałoby czasami zrobić tak wiele, tak szybko, tak pięknie. Przemoczone do cna ławki za rogiem, dogorywające latarnie, resztki ludzkie spozierające ślepymi oczami z zaułków – mokre spodnie, wygięte jakby jakimś grymasem ciała i nerwowe zerkanie na zegarek, by znajomi nie uznali, że odeszliśmy „na zbyt długo”, by uniknąć kąśliwych komentarzy, frywolnych uśmieszków. Kolejne obrazy zlewają się ze sobą i tworzy się coś w rodzaju wspomnienia. Coś w rodzaju wspomnienia, które nie chce się tak nazywać – przecież to wszystko jeszcze takie żywe, tak bardzo namacalne, jakby na wyciągnięcie ręki.

A jednak dzisiejszy telefon nie mógł zakończyć się banalnym zapytaniem: „To o której i gdzie? Bo ja o 13 kończę pracę i wtedy już mam wolne” i nie można było dzisiaj odpowiedzieć na to nie zadane banalne zapytanie: „Proponowałbym tak jak zwykle, że spotkamy się na miodowej, a potem to już coś wymyślimy. Co ty na to?”. I chciałoby się nawet uklęknąć, nawet ścisnąć z żalu, z bólu, z wszystkiego tę nieszczęsną słuchawkę telefonu, zmusić ją do tego byś mogła wyszeptać po prostu „ok”. Ale ja wychodzę z domu i już nie ma tramwaju, który tak bardzo chciał mnie przejechać i nie ma autobusu, którym zawsze chcę dotrzeć na miejsce, a on zawsze ucieka mi sprzed nosa i nie ma bramki do metra, która nie chce mnie przepuścić mimo tego, że mam przecież ważny bilet tygodniowy. Mogę tylko pojechać rowerem na pocztę, w której nigdy nie ma kolejek, a mimo to pani za okienkiem jest tak podrażniona, jakby obsłużyła na wszelkie sposoby siedemdziesięciu dwóch spragnionych Murzynów, mogę tylko się z nią wykłócać o to, że nie jest konieczne, bym szczegółowo opisywał przyczyny, dla których wysyłam 75 zł do Nowego Targu. Mogę tylko wejść do kiosku, do którego dociera tygodniowo czterdzieści egzemplarzy Pani Domu i dwa egzemplarze Przekroju, ładnie się przywitać i dowiedzieć, że w tym tygodniu nie dostaliśmy już Przekroju, gdyż w zeszłym i przed-zeszłym tygodniu nikt nie kupował i odmówiliśmy. „A jak miałem, kurwa, kupować jak mnie nie było?”, myślę sobie, jednak nie mówię nic, gdyż na półce dostrzegam pismo z „magią” w tytule, wyrzucam sobie spójnik „i” i ponownie przejeżdża mnie tramwaj warszawski, ponownie parzę sobie podniebienie w Telepizzy, po raz kolejny obawiam się czy o tej porze będzie jeszcze jeździć metro, raz jeszcze przeklinam świat za Happy Together, którego nie było.

Było. Będzie? …

Dla kogo piszę? Jeśli dla siebie, dlaczego idzie to do druku? A jeśli dla czytelnika, dlaczego udaję, że rozmawiam ze sobą? Mówisz do siebie tak, żeby cię inni słyszeli?

  • RSS