Miałem wtedy dwanaście lat i kiedy ktoś zwracał się do mnie z pytaniem: „Kim ty właściwie jesteś?”, odpowiadałem: „Jestem nihilistą”.
A czy rozumiał pan, co to słowo oznacza?
Nie do końca.
(Pedro Almodovar, fragment wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Frederica Straussa)
Tata kupił pastę do zębów z Biedronki i uznał, że wszystko jest w porządku. Nasze zęby powoli zaczynają wypadać, plomby przyklejają się do miętowej gumy (w Sopocie, w Mauszu, w Mysłowicach), a ból z każdej strony sprawia, że nie ma już jak jeść. Ale jest dobrze, jest dobrze. Masz przecież tyle książek do przeczytania, tyle nierozpakowanych płyt i tyle filmów do obejrzenia (w telewizji, w kinie, na komputerze). Lu mówi, że te wszystkie zbiory nie powinny odbierać sensu życia, a przynajmniej pozwolą na jakiś czas o tym nie myśleć. Wszyscy mają jakieś dobre rady, pełne usta miłych słów i wypełnionych deklaracji. Ot, na przykład ojciec proponuje rozrywki na świeżym powietrzu. Dla przykładu: pracujesz na tartaku – następnie pocięte na tartaku drewno tniesz ponownie przed domem, bo z tartaku wywiozłeś długie deski – pocięte w domu szczapy drewna układasz elegancko kilkanaście metrów od miejsca cięcia – kilka dni później przenosisz to wszystko na drugi koniec domu, bo zbliża się przecież wesele brata, które odbędzie się w zupełnie innym mieście, w zupełnie innym kraju. W ogóle, wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem wszelkich problemów jest praca. Pójdziesz do pracy, przestaniesz mieć złe myśli. Skończy się zamartwianie. Nie będziesz zwracał uwagi na to, że śmierdzi ci z ust. Twój gruby brzuch będzie ładniejszy od grubych brzuchów kolegów i koleżanek z pracy. Koleżanki z pracy będą ci robiły laskę, jeśli tylko uznasz, że tym razem można sobie darować przerwę na kawę. Koledzy z pracy będą ci robić laskę nawet bez kawy, bez przerwy. Twój szef będzie błyszczeć złotymi zębami, a ty zawsze tak bardzo lubiłeś złoto i złote myśli. Weźmiesz kredyt, kupisz sobie dom i prawo jazdy. Kupisz sobie nowy komputer i trochę koksu. Wszystko, co złe, płynie z nadmiaru wolnego czasu, nadmiaru wolnych myśli. Nie wierzysz w Boga, bo miałeś czas o nim myśleć. To, o czym nie myślisz, istnieje. Znaczyłoby to, że nic nie ma? Idź do pracy.
Najłatwiej wszystko zrzucić na Biedronkę. Powinienem teraz zostać Wałęsą w spódnicy, pozwać holenderskiego właściciela i udzielać wywiadów „Wysokim Obcasom”. Pasta do zębów jako źródło cierpień. Pasta do zębów lekarstwem na poczucie nicości i kompleks niższości. Twoja stara używa pasty do zębów z Biedronki, Chuck Norris również. Nic, tylko się zajebać. [I znowu: znaczyłoby to, że nic nie ma?]. Twój ojciec chce dla ciebie dobrze, tylko twój mózg jest głupszy od jego intencji. Twoje zęby chcą dla ciebie dobrze, tylko twoje plomby nie potrafią się już z nimi dogadać. Czy to tak trudno zrozumieć? Czy nie wydaje ci się, że czegoś w twoim życiu brakuje? Czy nie przeraża cię to, że nie śnią ci się co noc marzenia mas – wielki neon z logotypem korporacji, plastikowe kubeczki i dwudziestolitrowe baniaki z niegazowaną wodą? A wszystko to za darmo i wszystko to czeka właśnie na ciebie! W komorze maszyny losującej znajduje się kilka magicznych kul. W każdej z nich widzimy szklane domy, dworki żywcem wyjęte z „Pana Tadeusza” oraz pałacyki niegdysiejszych arystokratów. I szyldy: redakcja ogólnopolskiej gazety, siedziba popularnej telewizji rozrywkowej, budynek Polskiego Radia. Pokój nauczycielski, poradnia psychologiczna, teren budowy, połów ryb na Morzu Barentsa, malowanie sufitów w Szwecji lub Norwegii. Domy spokojnej starości, domy szybkiego seksu. Wystarczy wstrząsnąć, by śnieg raz jeszcze opadł na te wszystkie perły architektury. Wystarczy wstrząsnąć, nie mieszać wódki z red bullem, fajek z denaturatem. Organizujemy spotkania organizacyjne. Wyjazdy integracyjne, firmowe wigilie, pikniki biznesowe, wyjścia do palarni, pierdolenie w kiblu. Powiedz jeszcze słowo, a znajdą się w tym kraju ludzie, którzy powiedzą: „Twórca literatury antysystemowej, antykorporacyjnej i antykonsumpcyjnej, człowiek ze stajni Sławomira Sierakowskiego”.
Wszyscy pracują. Wszyscy pracują, bo święcą w ten sposób dzień roboczy. Wszyscy pracują, bo jest weekend, okazja, by dorobić. Wszyscy pracują, bo w wakacje wszyscy pracują. Wszyscy pracują, bo szef i tak nie dałby ci urlopu. Wszyscy pracują, bo odpoczywać będziesz w grobie, a śpią tylko kurwy i pijaki. Wszyscy pracują. Wszyscy twoi kuzyni pracują, wszyscy twoi bracia pracują, wszystkie twoje ciocie pracują, wszyscy sąsiedzi, wszyscy współlokatorzy. Wszystkie matki i wszystkie psy. Zapisz plik, idź do pracy i napisz, co tam zobaczyłeś. Naród czytelników wyjebanych w dupę przez swoich szefów nie może się doczekać twojego akcesu do narodu czytelników wyjebanych w dupę przez swoich szefów, do narodu miłośników prozy zaangażowanej, zwolenników wolnej miłości, niskich podatków, bezpłatnego szkolnictwa wyższego i płatnych morderców. Twój naród domaga się twojego świadectwa. Nie zawiedź go. Zrób rachunek sumienia i wyprasuj koszulę.
Plan jest taki, żeby napisać jedną zajebistą książkę i do końca życia odcinać od niej kupony. Nie pisać już kolejnych książek, nie rewolucjonizować ponownie światowej literatury, nie podpisywać wieloletnich kontraktów z krwiożerczymi wydawcami. Nie, wydać jedno, raz a dobrze, i do końca życia leżeć na plaży i starannie pielęgnować swój rosnący z dnia na dzień brzuch.
Wcale mi się nie chce pisać książek. Tyle jest zajebistych książek, tyle jeszcze do przeczytania i tyle już przeczytanych, że trzeba być naprawdę ostatnim bucem i ignorantem, by twierdzić, że to właśnie tobie uda się powiedzieć coś zajebistego, ciekawszego i lepszego niż ci wszyscy, co mówili już przed tobą.
Pisanie książek przydaje się w dzisiejszych czasach tylko i wyłącznie po to, by czerpać z tego profity. By przyjmować zaproszenia do radia i telewizji, komentować błędy w testach maturalnych na łamach ogólnopolskich dzienników, jurorować za pieniądze w konkursach literackich, trzepać kasę za wieczory autorskie i występy na targach książki, zarabiać na tłumaczeniach i przedrukach, udzielać wywiadów i występować w serialach telewizyjnych, grać w kinowych superprzebojach i komentować uczestników programów o jeżdżeniu na lodzie i tańczeniu z gwiazdami, pojawiać się w bogato ilustrowanych sesjach do kolorowych magazynów dla ekskluzywnych kobiet jak również na rautach i bankietach w ambasadach.
I jeszcze inne mniej lub bardziej sprytne pomysły mam. Na przykład chcę zaproponować kilka nowych projektów Andrzejowi Wajdzie. Chciałbym, by zekranizował „Po tęczy” Andrzeja Sosnowskiego. Albo, dajmy na to, poemat „th” Edwarda Pasewicza. Niech przed śmiercią zrobi coś takiego co pierdolnie wszystkimi o glebę. I żebyśmy już nie musieli go wyzywać od Matejków polskiej kinematografii. Bo ekranizować nudziarzy to każdy potrafi. Zmierzyć się z wierszem współczesnym to już chyba nie. A fajnie by było, gdyby pan Andrzej pokazał się jako taki fristajlowy awangardzista. Może nie każdemu by było fajnie, ale niżej podpisanemu z całą pewnością.
Wymyśliłem też, że można by nakręcić horror, jakiego jeszcze nigdy nie było. Tego pomysłu nie odsprzedam raczej Wajdzie, choć gdyby bardzo się uparł, to myślę, że inteligentni ludzie zawsze jakoś się dogadają. Chodzi o to, by zrobić horror w przestrzeni, w której horrorów zwyczajowo się nie kręci. Początkowo pomyślałem o budce telefonicznej, w której straszy czy też, jak kto woli, o budce telefonicznej, która straszy, ale potem doszedłem do wniosku, że to jeszcze nie to, a że ostatnimi czasy jaram się sporo minimalami, to kontynuowałem swoje awangardowe z ducha przemyślenia. Kolejno więc wpadałem na: chlebak, w którym straszy, pudełko po butach, w którym straszy, subwoofer, w którym straszy itd. Ostatecznie stanęło na pudełku zapałek. Horror, którego cała akcja dzieje się w pudełku zapałek. Pudełko zapałek, które sprawia, że ludzie trafiają do jego wnętrza i tam przeżywają doprawdy koszmarne horrory. A najlepiej to w ogóle nie przeżywają, bo bardzo szybko giną.
Wymyśliłem też, że skoro tak wymyślam różne rzeczy, to dobrze by było z tego żyć. No więc wymyśliłem, że od tej pory będę żył z wymyślania. Jeszcze nie wymyśliłem, w jaki sposób sprawić, by myśl ta przekuła się w ciało, a tym bardziej w żywe pieniądze, ale jestem dobrej myśli i wmawiam sobie, że to co powyżej to taki pierwszy krok. A poza tym wymyśliłem też, że Wysocki powinien jednak powrócić, bo jestem przejebanym leniem i muszę sobie narzucić jakąś katorżniczą musztrę. Tak więc zaprasza się tutaj częściej, jako że w najbliższym czasie powinno mnie być tutaj więcej. Takie przynajmniej są plany. Bo tak sobie wymyśliłem.